niedziela, 19 maja 2013

Rozdział 27

  
 Po czym można poznać szczęśliwego człowieka? Czy zawsze to wiecznie uśmiechnięta osoba? Jeśli ktoś nie śmieje się z błahostek i potrafi zachować powagę, jest nieszczęśliwy? Co tak właściwie powoduje szczęście?
 Niektórym, żeby je poczuć, wystarczy długi spacer po parku, wygrany zakład czy tabliczka ulubionej czekolady.
Nie w moim przypadku. Ja, by powiedzieć "tak, jestem szczęśliwa", muszę mieć przy sobie Piotra. Nie musi być ciągle przy mnie, wystarczy, że będę czuła jego obecność.
Po prostu go kocham, tak na zawsze...



Rozbrzmiewały ostatnie dźwięki muzyki, gdy stawałam w pozycji końcowej. Koniec, cisza. Kilka par rąk z widowni zaklaskało, po czym, razem z Kamilą, wybiegłyśmy w kulisy.
   - Rany, ale to było świetne! - zapiszczała. - Widziałaś ich miny? Oniemieli! To najlepszy duet jaki mogłam sobie wymarzyć!
  Zaśmiałam się obserwując jak blondynka podskakuje radośnie i biegnie do garderoby. Wolnym krokiem ruszyłam za nią, w międzyczasie czując pieczenie w płucach. Powstrzymałam okropne drażnienie i weszłam do pomieszczenia pełnego rozpromienionych dziewczyn. Przebrałam się w normalne ubrania i usiadłam na krześle przysłuchując się rozmowom innych. Z małej kieszonki w torbie wyjęłam telefon. Uśmiechnęłam się pod nosem ujrzawszy na ekranie informację o nieodebranej wiadomości i imię, które najchętniej tam widywałam. 'Piotrek'.
   Minęły już ponad dwa miesiące gdy znów jesteśmy razem. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, korzystając z urlopu Piotra. Jako, że wszystkie testy zdawaliśmy szybciej, moje wakacje mocno się przedłużyły i rzadko kiedy się rozstawaliśmy na dłużej niż kilka godzin.
Teraz, gdy przebywał w Spale, odczuwałam jego obecność dzięki coraz pełniejszej skrzynce odbiorczej w moim telefonie.
"Mamy teraz przerwę. Odezwij się, proszę, wieczorem. Będę czekał, mam niespodziankę. ;) Kocham."
Zastanawiałam się co mu odpisać, gdy przerwał mi dźwięk otwierania drzwi, w których stanęła jedna ze stażystek.
  - Za 15 minut, gdy ludzie się rozejdą, idźcie na scenę.
 Po tym jak ponownie się zamknęły, zapanowało nerwowe milczenie. Każda z dziewczyn w inny sposób okazywała zdenerwowanie. W sumie sama miałam zawroty głowy, ale to chyba przez coś innego.
Westchnienia czy nerwowe obgryzanie paznokci wydawały się być czymś w normie. Przez jakiś czas patrzyłam rozbawiona jak histeryczki wymyślają najciemne scenariusze dalszego życia.
Kiedy już minął kwadrans i Nadia wróciła z wiadomością, że publiczność znikła, ruszyłyśmy tam gdzie trzeba.
  - Jejku, Ro, tak bardzo się boję - Kama chwyciła się kurczowo mojego ramienia. Przytuliłam ją do siebie chcąc dodać otuchy.
- Spokojnie, już nic nie da się zrobić.
Ech, niestety, marnie pocieszam i jeszcze bardziej ją pogrążyłam. Po chwili byłyśmy już na scenie. Czworo ludzi wpatrywało się w nas z zaciekawieniem. Znałam ich; to ludzie, przed którymi tańczyłam swój pierwszy taniec w Ośrodku i Ivanovic. Stojąca przed nimi Sowa z wyraźnym podekscytowaniem na twarzy próbowała coś z siebie wydusić.
   - Moje drogie... - głos jej zadrżał. - Zapewne wiecie już, że ci oto państwo są tu, żeby wybrać z was te, które od przyszłego roku zostaną przyjęte do Ośrodka. Chcę tylko powiedzieć, że dla mnie każda z was jest najlepsza. Oddaję głos pani Ivanovic.
  Instruktorka zbliżyła się do Sowy i przeleciała wzrokiem po naszych twarzach. Przy mnie zatrzymała się na moment. Ten sam chłodny wzrok, który męczył mnie od początku. Ten sam, który z drwiną patrzył na każdy  choćby lekki spadek formy i tym samym motywował do poprawy. Mimo tego wszystkiego, lubiłam kiedy od czasu do czasu chwaliła mnie przed kimś. Uśmiechnęłam się i, o dziwo, zauważyłam u niej lekko unoszący się kącik ust.
  Instruktorka bez żadnych emocji przeczytała listę przyjętych. Oczywiście, nie znalazłam się na niej, bo już należałam do grupy, ale nasza grupa wzmocniła się o kilkanaście nowych dziewczyn. Pogratulowałam Kamili i innym przyjęcia. Gdy one spisywały u Sowy swoje dane, zbliżyła się do mnie Ivanovic z przyjaźnie wyglądającym starszym mężczyzną.
   - Wilk - zwróciła się unosząc wysoko głowę. - to Adam Lipowski. Koniecznie chciał cię poznać. Zostawiam was samych.
   Kobieta oddaliła się, tym samym pozostawiając mnie sam na sam z nieznajomym. Nie wiedziałam co mogę mu powiedzieć, więc zamilkłam.
    - Tak więc, Różo - zaczął. - słyszałem, że jesteś świetną tancerką. Kiedy rozmawiałem z panią Ivanovic, wymieniła cię jako jedną z lepszych. Przejdę do sedna; budowa Filharmonia Rzeszowskiej dobiega końca i szukamy tancerek. Co sądzisz o treningach i występach w grupie z Rzeszowa?
Otworzyłam szeroko oczy. Miałam wrażenie, że śnię. Facet po prsotu podszedł i zaproponował mi zmianę o 180 stopni.
  - Taka decyzja musi być przemyślana. Pozwoli pan, że odpowiedź dam za kilka dni?
  - Oczywiście. - podał mi swoją mocno zdobioną wizytówkę. - Mam jednak nadzieję, że nieraz się spotkamy.
Kiwnęłam głową na znak zrozumienia i odprowadziłam go wzrokiem do Sowy.
Ucieszyłam się; reprezentowanie Rzeszowa jest ogromnym wyróżnieniem. Pożegnałam się z wszystkimi i z torbą na ramieniu wyszłam na zewnątrz. Zakaszlałam i wzięłam z kieszeni tabletkę przeciwbólową. Przecież nie pozwolę zniszczyć sobie wieczoru przez głupie płuca czy brzuch.
Wybrałam na komórce numer Pita i wcisknęłam zieloną słuchawkę.
  - Skończyłaś? - zapytał z nadzieją w głosie. - Nareszcie! Myślałem już, że za mną nie tęsknisz.
  - To jest wręcz niemożliwe. - zaśmiałam się. - Tęsknię cały czas.
  - Ja też. Gdzie jesteś?
  - Jak to gdzie jestem? W Rzeszowie.
  - Wiem, głuptasie, chodzi mi o bardziej szczegółowe dane.
  - Mijam Podpromie.
  - Pamiętasz to miejsce nad Wisłokiem? Możesz tam pójść? Chciałbym posłuchać jak o nim mówisz.
  - Jasne. - zdezorientowana zmieniłam kierunek drogi. Chwilę później widziałam już mur i odbijające się w wodzie słońce. - Więc to miejsce jest, jak zwykle, niezwykłe i trochę tajemnicze. Wieje lekki wiatr, a zapach kwitnących kwiatów jest cudny.
  - Racja, wyjątkowo słodki zapach, miesiąc temu jeszcze go nie było.
  - Jak...? - zrobiłam zdziwioną minę.
  - Odwróć się.
Wykonałam jego polecenie i zamykając klapkę telefonu, wpadłam w jego objęcia. Utonęłam w szerokich ramionach, napawając się zapachem jego perfum. Objęłam go kurczowo w pasie, niczym pięcioletnie dziecko chwyta się mamy po powrocie z pracy, a łzy napłynęły mi do oczu.
  - Jeszcze mnie udusisz. - zaśmiał się. Rozluźniłam uścisk czując ogromne ciepło na twarzy. - Niespodzianka się podoba?
 Kiwnęłam twierdząco głową, a on spojrzał mi w oczy.
  - Nie wyglądasz na zadowoloną. Jeśli przyjechałem w złym momencie, rozumiem, odwiedzę cię kiedy indziej.
  - Nie, bardzo się cieszę! Po prostu jestem w szoku.
  - Niech będzie, chodźmy już.
 Splótł nasze ręce, zabrał dosyć ciężką torbę i ruszyliśmy w stronę miasta. Szybko dotarliśmy do jego mieszkania i gdy już usiedliśmy na spokojnie na ławce na ogrodzie, zdecydowałam się na rozmowę. Będąc w jego objęciach, usadowiłam się tak, żeby patrzeć na jego twarz.
  - Piotrek, zastanawiałeś się już co z twoją przeprowadzką?
  - Nie miałem na to czasu - wolną ręką potarł kark. Z innych gestów wyczytałam, że jest zdenerwowany.
  - Dzisiaj na tym pokazie był Lipowski,wiesz który. Spodobał mu się nasz występ.
  - To dobrze, może ktoś was doceni.
  - O to właśnie mi chodzi. - zrobiłam krótką przerwę, nie wiedząc jak się do tego zabrać. - Dostałam propozycję występowania w Filharmonii.
  - To świetnie! Przyjęłaś ją?
  - Nie, wolałam poczekać na twoją decyzję. Jeśli wyjedziesz, skończę szkołę i znajdę pracę gdzieś w okolicach Spały.
 Spojrzał gdzieś daleko przed siebie i nie powiedział nic. Zdecydowałam się nie przeszkadzać mu w zadumie. Kątem oka obserwowałam tylko jak lekko marszczy brwi, a usta zwęża do jednej cienkiej linii. Mogłabym wpatrywać się w ten obraz godzinami, ale po kilku minutach poruszył się i spojrzał mi głęboko w oczy.
   - Zostanę w Rzeszowie, dla ciebie. Nie wytrzymam bez ciebie, bez twojej miłości. Jak wyjadę, zrobię to razem z tobą.
  Uśmiechnęłam się, czując jak kamień spada mi z serca. Oparłam głowę o jego ramię.
   - Tak bardzo się cieszę, że cię mam...



  Kolejny raz ten sam scenariusz, ta sama ciemna uliczka, ta sama ciemna postać i znikąd dochodzące szepty. Bałam się, choć wiedziałam co będzie dalej. Zimno i dreszcze, przenikające moje ciało gdy zbliżałam się do postaci, były nie do wytrzymania. Zaczęłam krzyczeć, a dźwięk wychodzący z moich ust zmieniał się w jasnoniebieski pył lecący wprost do buteleczki w rękach potwora. Im pełniejsza była, tym mój krzyk stawał się cichszy . W końcu ciało odmówiło mi posłuszeństwa i opadłam bezsilna na zlodowaciały bruk. Ciemna postać była coraz bliżej, aż w końcu stanęła nade mną i zarechotała okropnie rzucając się na mnie tak szybko, że ujrzałam tylko ciemność.
 
   Obudziłam się z krzykiem na ustach i zimnym potem na plecach. Usiadłam na łóżku i starałam się unormować oddech. Wtedy naszła mnie fala bólu. Skuliłam się i cicho zasyczałam z bólu, by po chwili uciec do łazienki i zwymiotować wczorajszą kolację zmieszaną z krwią. Co się dzieje? To jest coraz gorsze...
   Usiadłam na brzegu wanny i opanowałam zawroty w głowie, po czym wróciłam do sypialni, gdzie lekko pochrapywał Piotr.
  Wróciłam na swoją połowę i podkuliłam kolana pod brodę. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że tracę kontrolę nad tym co się ze mną dzieje. Kilka łez spłynęło po moich policzkach, skapując na białą pościel.
   - Czemu nie śpisz? - podskoczyłam na dźwięk jego głosu. - Jest pół do trzeciej. Czuwasz dzisiaj?
   - Nie, już się kładę. - mruknęłam i, schodząc do pozycji leżącej, oparłam głowę o jego klatkę piersiową, a on otoczył mnie ramieniem.
  Po chwili już spał, a ja aż do świtu wsłuchiwałam się w jego równy oddech, myśląc co może być przyczyną moich słabości...



----------------------------------------------

Sko-pa-łam. .-.
Ogólnie nie wiem co to jest, po prostu pieprzenie od rzeczy.
Przepraszam, że tak późno, ale maj to chyba najgorszy miesiąc. Nie mam siły nawet, żeby TO napisać.
Ech, czerwcu, przybywaj jak najszybciej, bo chyba jestem na skraju wytrzymania.
Buniu, przepraszam za opóźnienie, koleżankę też przepraszam, zrozumcie Zabieganą Misu. :)
Spróbuję nowy rozdział dodać szybciej. Do następnego!

środa, 1 maja 2013

Rozdział 26

   Pamiętasz te wszystkie zimowe bitwy na śnieżki? Świetna sprawa, prawda? Gdy byłaś mała, nie zwracałaś uwagi na to, że mama zabraniała Ci wyjścia na zewnątrz, wymagając dokończenia obiadu czy po prostu posiedzenia z rodziną.  Ale czymże są zakazy w porównaniu z przyjemnością zabaw? Czekałaś na moment nieuwagi i wykorzystywałaś go by znaleźć się wśród kolegów z podwórka, a satysfakcja z udanej ucieczki umilała wszystko. Za każdym razem gdy Twój wzrok lądował na kuchennym oknie, widok matczynej twarzy męczył sumienie. W pewnym momencie nie wytrzymujesz i wracasz cała zziębnięta do domu. Tam na stole już czekał kubek z parującą herbatą. Brałaś go w zmarznięte ręce i, wpatrując się w ciecz, nie byłaś w stanie upić choćby małego łyka. Nerwy na myśl co się stanie jak przyjdzie matka zjadały Cię całkowicie.
Moja sytuacja różniła się w tym momencie jedynie tym, że zimowe popołudnie zmieniło się w czteromiesięczną rozłąkę z "nieznanego" powodu, a mamę zastąpił Piotr. Czekała nas pierwsza dłuższa rozmowa, bez hałasu fetowania czy przerywania kibiców z prośbą o autograf bądź zdjęcie z Pitem.
 Czas mijał nieustannie, a im dłużej siedziałam na kanapie z pięknie pachnącym napojem, wyczekując przyjścia Cichego, tym kolor herbaty bardziej przykuwał uwagę. Starałam się udawać, że nie słyszę kroków i skrzypnięcia fotela naprzeciw, co zwiastowało jego przybycie. Odważyłam się unieść głowę i zobaczyłam uśmiechniętą twarz siatkarza. Ach, jak to zabolało! Zwróciłam uwagę na kolor salonowych paneli.
 Tak jak kilka dni temu potrafiłam spędzać godziny na analizowaniu wygięcia każdego fragmentu skóry w okolicy ust w czasie uśmiechu, tak teraz nie mogłam go znieść, a raczej uciszyć palące sumienie. Powinnam cieszyć się, że jestem tu, z nim, ale nie umiałam.
   - Różo? - odezwał się.
   - Tak?
   - Moglibyśmy porozmawiać?
   - Przecież rozmawiamy.
   - To dlaczego na mnie nie patrzysz? - zapytał, a ja spojrzałam na zmienioną już mimikę twarzy; był o wiele poważniejszy. - Poza tym chciałbym poruszyć temat... No wiesz jaki.
   - Podejrzewam, że wiem. - mruknęłam czując, że chciałabym od tego wszystkiego uciec, ale nie mogę. Prędzej czy później będę musiała opowiedzieć mu wszystko.
   - Chcę tylko mieć pewność, że nie urażę cię tym, a...
   - Wszystko w porządku, pytaj o co chcesz. - uśmiechnęłam się niemrawo, a po moich słowach zapadła cisza i ponowne wlepienie wzroku w kubek.
   - Dlaczego? - wypłynęło z jego ust.
Znów milczenie. To tak jakby moje narządy mowy zrobiły strajk wraz z mózgiem, który nie pozwalał na ułożenie jakiegokolwiek sensownego zdania. Tak bardzo chciałabym powiedzieć mu wszystko, każdy moment z tych czterech miesięcy... Byłam wściekła, że nie umiem opanować emocji i wytłumaczyć się.
    - Jeśli... Jeśli nie chcesz mówić, zrozumiem - dotarł do mnie troskliwy głos Piotrka.
    - Chcę, to znaczy...
 Westchnęłam i opowiedziałam szczegółowo całą historię. Choć często musiałam uspokajać drżący głos,  kończyłam każde zdanie. On tylko słuchał uważnie wszystkich słów, co jakiś czas przytakując głową na znak zrozumienia. Mimo wszystko nadal nie spoglądałam mu w oczy.
     -... Po tym wszystkim byłam jednocześnie zadowolona z aresztu Krawczyka i zrozpaczona, bo mimo wszelkich starań, nie byłam z tobą. Każdy dzień był tak samo bez sensu jak poprzedni. Macieja mogli wypuścić, a on nie przepuściłby okazji zemsty. Po prostu błagałam o szybką śmierć, ale nie mogłabym tego zrobić rodzinie i Kamili. Tak bardzo chciałam być z tobą...
     - Ale czemu nie próbowałaś ponownych spotkań, mimo słów Zbyszka? Byłem pewny, że jesteś szczęśliwa z innym, dlatego nie chciałem przeszkadzać ci w szczęściu. - pierwszy raz przerwał mi w długiej wypowiedzi, na co zareagowałam milczeniem. - Rose?
      - Ja... Przepraszam, zagubiłam się... Zagubiłam się w tym wszystkim, w całym swoim życiu. Nie jestem warta kogoś takiego jak ty, wybacz.
   Nie zważałam na to, że siedzi przede mną Piotr, po prostu wybuchłam płaczem. Nie liczyłam na współczucie z jego strony. Ba, czekałam nawet na gorzkie słowa pożegnania. Poczułam jedynie jego ramiona okalające moje ciało. Wtuliłam się w nie, jak podejrzewałam, ostatni raz.
     - Spokojnie, już cicho - mówił przyciszonym głosem. - Jestem tutaj, z tobą i nic anu nikt tego nie zmieni.
     - Pit, tak bardzo mi głupio... Przepraszam.
     - Za nic nie przepraszaj, kruszyno. - ucałował mnie w skroń. - Już wszystko będzie dobrze.
     - Wcale, że nie! Ktoś taki jak ja nie zasługuje na nawet na twoje spojrzenie, a co tu mówić o większych sprawach, jak uczucia.
     - W takim razie wytłumacz mi - patrząc w oczy, chwycił moją dłoń i położył na swojej lewej piersi. Poczułam przyspieszone bicie serca. - Dlaczego, tam głęboko, ono bije tylko dla ciebie? Dlaczego moje oczy cieszą się wyłącznie na twój widok i dlaczego moje życie bez ciebie jest tak puste? Różyczko, wciąż cię kocham i nigdy nie przestanę, zrozum to.
   Nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa, po prostu mi ich zabrakło. W tym momencie nie wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Złączył nasze dłonie i pozwolił bym znów mogła oprzeć głowę o jego tors, w tym czasie szepcząc do ucha.
      - Brakowało mi ciebie, wiesz? To były cztery najgorsze miesiące mojego życia. Na myśl, że już nigdy miałem ciebie nie spotkać, nie spojrzeć ci w oczy, odechciewało mi się żyć. Ale teraz już jesteśmy tutaj, razem. Chciałbym tylko wiedzieć czy mnie kochasz, mimo minionego czasu?
Spojrzałam na niego wytrzeszczonymi oczyma.
       - Piotr, nie potrafię bez ciebie żyć. Kocham, i to z całego serca.
  Kiedy tylko skończyłam mówić, pocałował mnie. Pocałunek nie był zachłanny jak Macieja, za to czuły i pełen uczucia. Tęskniłam za tą delikatnością. Bez nacisku na usta znów w pocałunkach ujrzałam oddanie uczuć.
 Siedzieliśmy objęci na ławce na zewnątrz już dłuższy czas, nie nawiązując praktycznie żadnych rozmów. W sercu przeżywałam wcześniej niezaznaną radość, ale Piotrek nie dowiedział się o niej; odzwyczaiłam się od okazywania swoich uczuć. Jego obecność była czymś, co cieszyło nawet w milczeniu jakie panowało.
   - Pamiętam dzień, w którym miałaś urodziny - przerwał ciszę i mocniej mnie przytulił. - Tak bardzo chciałem cię wtedy spotkać, że odwiedziłem każdy rzeszowski lokal z nadzieją napotkania cię ze znajomymi. Kiedy jednak nie udało mi się, zapragnąłem zatracić się w alkoholu. Jak na złość, nawet na chwilę nie mogłem o tobie zapomnieć. Wtedy też sięgnąłem po papierosy. To świństwo okropnie drażniło płuca, ale w porównaniu do bólu serca nie męczyło w ogóle. - zaśmiał się. - Dawniej szantażowałem Zibiego co do podpalania, a kilka dni temu po treningu pytałem czy nie ma paczki czy dwóch. A to wszystko przez tęsknotę. Na szczęście mam cię już przy sobie...
  Chciałam odpowiedzieć choć kilka słów, ale przerwał mi je odgłos dzwonienia do drzwi. Dopiero po drugim razie Pit jęknął, wstał i ruszył w głąb domu.
  Kiedy usłyszałam otwieranie drzwi i krzyk "I po co ty tu znowu przyszedłeś, Bartman?!", zaśmiałam się sama do siebie. Po chwili jednak pożałowałam tego. Zaczęłam mocno kaszleć, a męczyło mnie to przez dobre kilka minut. Gdy zobaczyłam dłoń, którą przysłaniałam usta, zamarłam. Krew. Strużka czerwonej cieczy spływałam powoli wzdłuż przedramienia. Wytrzeszczyłam oczy jeszcze bardziej niż były wcześniej. Jakim cudem...
 Nie, teraz nie mogę tego rozpamiętywać, muszę się tego pozbyć. Wstałam jak najciszej i prawie niezauważalnie przebiegłam do łazienki. No właśnie, prawie.
    - Wszystko ok? - spytał Pit obserwując jak biegnę przez korytarz.
    - Tak, jak najbardziej - zakluczyłam za sobą drzwi i szybko przetarłam rękę. Nie widząc żadnych śladów po ataku kaszlu, spojrzałam w lustro.
 Przekrwione, podkrążone oczy spoglądały na mnie z wyraźnym przemęczeniem, a skóra wydawała się jeszcze bardziej szara niż zwykle. W odbiciu pojawiła się też dłoń, której opuszkami przejechałam po kości policzkowej. Odsunęłam się pod ścianę i osunęłam na podłogę, nie wiedząc co się wokół dzieje. Ocknęłam się dopiero po kilku minutach. Chcąc szybko zapomnieć o zaistniałej sytuacji, otrzepałam ze spodni niewidzialny kurz i wyszłam z pomieszczenia.
  Piotra zastałam na tym samym miejscu gdzie wcześniej. Patrzył w jeden punkt na ziemi. Kiedy się zbliżyłam, ujrzałam na niej czerwoną plamę. Holender, jak zwykle coś musi pójść nie tak. Do tego buty hałasowały tak, że czułam się niczym z stukilogramowym głazem w brzuchu. Nowakowski spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
   - Spokojnie, nic mi nie jest - uśmiechnęłam się do niego. - Po co przyszedł Zbyszek?
   - Zgubił jakieś ważne dokumenty i miał nadzieję, że je zabrałem.
  Przytaknęłam, a on wyciągnął ku mnie rękę, tym samym dając do zrozumienia, żebym podeszła. Zbliżyłam się i po chwili znów byłam w jego objęciach. W nich też spędziłam całą resztę dnia.
 Przy nim momentalnie zapominałam o całym Bożym świecie, były tylko ramiona, w których odnajdowałam dla siebie idealne miejsce...




Ataki krwawego kaszlu zdarzały się częściej, a bywały coraz bardziej bolesne. Rose nie powiedziała o nich nikomu. Była coraz słabsza i wymęczona, ale uparcie traktowała to jako coś normalnego. Ukrywała to tak, że nawet Piotr, który był przy niech prawie non-stop, nie zorientował się, że coś jej jest. Pozostawał tylko wielki znak zapytania na tym, co w przyszłości...


-----------------------------------------
Wszystko psuję, wszystko... Misu, umrzyj...

Resovio, Dziękuję! <3
Teraz czekam na Ligę Światową. Już nie mogę się doczekać :)

Weider, szczerze nie cierpię cię. -.-

Ach, i przepraszam za drugie dodanie, po prostu mój telefon stwierdził, że wersja bez końcówki jest lepsza...
Pozdrawiam, Misu ;)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział 25

   



Znasz to uczucie, gdy coś rozrywa cię od środka? Masz ochotę krzyczeć, uciekać czy choćby wydrapać to paznokciami, byle tylko pozbyć się drażniącego uczucia. Przesiadujesz dnie i noce, podświadomie walcząc z pochłaniającą cię nicością. Nikt jednak nie może Ci pomóc, bo to siedzi głęboko w Tobie. Często to utrata kogoś bliskiego decyduje o tym, czy jest takowa pustka, a Tobie wydaje się coraz większa. Dzień zlepia się z dniem, tydzień z tygodniem, aż w końcu znienawidzisz samego siebie i wolałbyś umrzeć niż żyć tak, jak teraz.
W takim właśnie stanie przeżyłam trzy kolejne miesiące swojego życia. Nadzieja na powrót do normalności? Wymarła już dawno wraz z zwiększającą się liczbą wyrywanych kartek z kalendarza...


Kwiecień.
  Kamila już od dłuższej chwili stała przy oknie wypatrując nie wiadomo czego. Kątem oka udawało mi się zauważyć jak wystukuje na klawiaturze telefonu długie wiadomości spoglądając co chwilę za okno. W pewnym momencie odwróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie błagalnie.
  - Roose, wyjdźmy gdzieś. Proszę cię! Jest początek kwietnia, niedzielne popołudnie, słońce grzeje, a my  znów gnieździmy się w pokoju.
  - Nie. - mruknęłam i wróciłam do czytania jednego z tandetnych romansideł, które towarzyszyły mi ostatnio dość często.- Zimno mi.
  - Dwadzieścia stopni to dla ciebie za mało?
  - Za to w sercu mam minus trzy! - opadłam bezwładnie na łóżko i mój wzrok skierował się na starą fotografię przyklejoną do szafki nocnej. Bardzo dobrze z resztą znaną mi fotografię z najbardziej hipnotyzującymi oczami na świecie i uśmiechem, który zawładnął moim sercem już dawno. - Jeśli chcesz to idź na zewnątrz, ja się nigdzie nie ruszam.
   - Ech, Wilku, momentami jest z tobą gorzej niż z synkiem mojej ciotki, a to naprawdę ciężkie dziecko. Wstawaj, leniu! - westchnęła i mocnym pociągnięciem ręki zmusiła mnie do wstania. - Dalej, ubierz coś na siebie i spadamy stąd.
  Niechętnie chwyciłam pierwszą lepszą bluzę, która wpadła mi w ręce i narzuciłam ją na ramiona, poruszając przy tym wiszące na szyi złote serce. To samo, które dostałam od Piotra. Ten pieprzony kawałek mięsa chyba nie pozwoli mi zapomnieć o swoim istnieniu... Zamknęłam w dłoniach połyskujący przedmiot, co spowodowało nagły przypływ wspomnień. Przed oczami stanął mi obraz Piotrka gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Radość w jego oczach była tym, czego potrzebowałam. Nie mogłam jej dostrzec w obrazie, który po chwili zastąpił wesołą minę chłopaka. Z bladej, pociągłej twarzy ciężko byłoby wyczytać jakiekolwiek emocje poza bólem. Tego było widać aż za wiele. Kuba opowiadał mi każdy z meczy, bo gdy sama podejmowałam próbę obejrzenia, nie mogłam przespać nocy wciąż płacząc i zastanawiając się dlaczego los musiał być taki akurat teraz. Radość, którą mocno wyrażali jego koledzy z drużyny, u niego sięgała praktycznie zera. Przestał w jakikolwiek sposób udzielać się w wywiadach, a jego gra się osłabiła. Zakuło mnie w sercu. To wszystko przeze mnie...
  Otrząsnęłam się. Nie mogę teraz tego rozpamiętywać, nie przy Kamili. Kiwnęłam jej głową na znak, że jestem gotowa, a ona tylko przerzuciła przez ramię torbę i z satysfakcją zaczęła wypychać mnie z pokoju.
Po chwili szłyśmy już chodnikiem pełnym cieszących się słońcem ludzi. Zazdrościłam im, sama chyba zapomniałam jak to jest się śmiać.
   - Jak dobrze, że wyszłyśmy, trochę się opalę przy tym cudnym słoneczku - mówiła z zachwytem Kama, wskazując na rażący punkt na bezchmurnym niebie. - Hej, może odwiedzimy Kubę?
   - Jak chcesz - wzruszyłam ramionami i ruszyłyśmy w stronę domu jej brata.
 W dalszej drodze nie mówiłyśmy nic, tylko Mila podśpiewywała jedną z piosenek Kiss'ów. Ta dziewczyna chyba nigdy nie zmieni podejścia do życia i zawsze będzie pozytywnie nastawiona nawet do spraw skazanych na porażkę. Nie spostrzegłam się nawet, a byłyśmy już w kamienicy. Weszłyśmy do domu Janusza, rozsiadłyśmy się w salonie i zaczęłyśmy wsłuchiwać się w lecącą muzykę. Z kuchni wyszedł uśmiechnięty Kuba, niosąc kubki z herbatą. Jak to bywa w odwiedzinach, zaczęła się obowiązkowa, nudna rozmowa o minionych dniach. Nie słuchając nawet rozmowy rodzeństwa patrzyłam w lekko zabarwiony napój, co jakiś czas upijając łyk. Posiedzimy godzinę tu i z powrotem do internatu, myślałam. Być może uda mi się obejrzeć dzisiejszy mecz? Może nawet nie wyłączę telewizora po pierwszym secie...
  Z zamyślenia wyrwała mnie cisza, która panowała już od około minuty, co u nich nie wróżyło dobrze. Zauważyłam, że spoglądali na siebie tajemniczo.
   - Idziemy już? - padło ze strony Jakuba, na co blondynka przytaknęła i spojrzała na mnie.
   - Wstawaj, idziemy się przejść - uśmiechnęła się. Zdezorientowana pokiwałam głową i po chwili znów chodziliśmy po Rzeszowie. Nie wiem czemu ubzdurało im się, że akurat teraz, gdy najwięcej ludzi w biało- czerwonych szalikach wędruje na mecz, pchając się żeby jak najszybciej zająć miejsce, oni chcą spacerować. Nie wnikałam jednak w nic, po prostu z wzrokiem utkwionym w płytki chodnika szłam za nimi. Hałas stawał się coraz głośniejszy.
  Uniosłam wzrok i za obejmującym się rodzeństwem zobaczyłam Podpromie. Na początku myślałam, że to wyobraźnia płata mi figle, ale gdy przetarłam oczy, widok stał się tylko bardziej widoczny.
  - O co chodzi? - zapytałam przerzucając wzrok z Kuby na Kamę. - Czemu tu jesteśmy?
  - Niespodzianka! - zapiszczała blondynka przytulając się do mnie. - Wiem, że urodziny miałaś tydzień temu, ale to taki dodatek.
  Spojrzałam na nią z marsowym wyrazem twarzy, a Kuba głęboko westchnął.
   - Będziemy tu tak stać czy wejdziemy do środka?
   - Ale że tam?! - wskazałam na budynek.
   - Rose, po co byśmy cię tutaj przyprowadzali jak nie na Podpromie?
   - No tak - mruknęłam.
 Kama rozszerzyła uśmiech i pociągnęła mnie za rękę do środka.  Pokazaliśmy bilety i weszliśmy na halę, jak zwykle przepełnioną kibicami. Spojrzałam na miejsce, gdzie rozgrzewali się siatkarze i przeleciałam wzrokiem po znajomych twarzach. Brakowało dwóch, Bartmana i Nowakowskiego. Przystanęłam na chwilę, wypatrując znajomych twarzy. Na marne, nawet wśród kibiców ich nie znalazłam.
 Zrezygnowana poszukałam swojego miejsca i zajęłam je, wraz z Januszami.
Siedziałam patrząc na rozciągających się mężczyzn. Nie wiem czy przyjście tu było dobrym pomysłem... Cóż, nie mogłam jednak odmówić prezentu.
   - Idę... po napoje - mruknęłam i ruszyłam ku wyjściu. Zignorowałam próbę zatrzymania mnie pod pretekstem późniejszego zakupu u ludzi do tego wyznaczonych. Chciałam jak najszybciej znaleźć się daleko od tłoku. Przepychałam się przez ludzi, aż trafiłam pod automaty, gdzie kiedyś stałam z Piotrkiem. Zaśmiałam się w duchu. Kto by pomyślał, że po kilku miesiącach będę tak strasznie zakochana w tym chłopaku, i że mimo miłości nie mogę z nim być?
  Kupiłam puszki z słodkimi płynami i już miałam odchodzić w stronę hali, gdy usłyszałam dwa głosy, a potem męski śmiech. Powoli odwróciłam głowę i oniemiałam. Te same postacie, których wyszukiwałam. Stali, we dwóch, trzymając w rękach dymiące się papierosy. Miałam wrażenie, że moja szczęka chwieje się nad podłogą - przecież Piotrek zarzekał się, że nigdy nie zapali choćby jednego, a teraz wraz z Bartmanem (którego nieraz upominał o wyjście z nałogu) chowali się w jednym z mniej zaludnionych miejsc w budynku paląc.
  Nie wnikałam nawet o czym rozmawiają, po prostu szybko odeszłam z tego miejsca. Bałam się ich reakcji gdyby mnie zauważyli, to mogłoby być niemiłe spotkanie. Otępiała, wróciłam i usiadłam w tym samym miejscu, jak maszyna nie odpowiadając na żadne pytanie lecące w moją stronę.
   - Trzymaj - powiedział Kuba, podając mi biało-czerwony szal i koszulkę z numerem 4. Uśmiechnął się pocieszająco gdy mój wyraz twarzy zmarniał jeszcze bardziej. - Jeszcze ktoś pomyśli, że jesteś od tych drugich.
Podziękowałam i narzuciłam na szyję szalik. Gładziłam ręką numer na koszulce, a gdy zaczął się mecz, nałożyłam ją na ubrania. "Palacze" byli już w strojach, gotowi do gry. Zaczęło się spotkanie, a ja kurczowo wbijałam paznokcie w dłoń. Byle tylko nie uciec w środku meczu...

   Ostatnia piłka, zwycięstwo mieliśmy już w rękach. Wszyscy wstali, w pełni ciesząc już się z wygranego spotkania. Zwłaszcza, że był to ostatni mecz w sezonie, obroniliśmy mistrza. Ostatnia zagrywka, ostatnie przyjęcie, ostatnia wystawa i atak. Udało się!
  Cała hala krzyknęła uradowana. Sama też nie ukrywałam uśmiechu pchającego się na twarz. Rok temu mogłam tylko pomarzyć o przyjściu na Podpromie, a teraz cieszyłam się z wszystkimi mistrzostwem właśnie tutaj.
  Kiedy już udało mi się wyrwać z uścisków rodzeństwa i kibiców-sąsiadów, a na miejscu gdzie niedawno rozgrywany był mecz rozkładano podium, zostałam pociągnięta przez Milę do rozdających autografy siatkarzy. Stanęłam z nią w kolejce, patrząc jak po hali biegają dzieci kopiąc piłki, a w jednej z twarzyczek rozpoznałam Alka- chłopca z lotniska, któremu pomogliśmy znaleźć tatę. On także mnie zauważył i energicznie zaczął machać biegnąć w moją stronę.
   - Róza! - krzyknął przytulając się do moich nóg. - Wygrali!
   - Wiem,  - pogładziłam go po ciemnych włoskach i już znów pobiegł do kolegów. Kamila spojrzała na mnie jakbym przed chwilą zwalczyła inwazję obcych. - Nieważne.
  Tłum po autograf się rozrzedził i mogłam ujrzeć siatkarza do którego szłyśmy. Momentalnie się odwróciłam chcąc odejść, ale Kamila złapała mnie mocno za przegub i nie pozwoliła na żaden ruch w przeciwną stronę.
   - Kamila, proszę cię. - szepnęłam. - Tylko nie to!
   - Właśnie tak. - rzekła stanowczo blondynka wpychając mi w ręce notes i długopis - Bierzesz ten przeklęty notes i z grzecznym uśmiechem prosisz o autograf Cichego, inaczej się stąd nie ruszamy.
  Westchnęłam i stanęłam w kolejce, gdy Kama z uśmiechem podeszła do kolejki, gdzie podpisywał Lotman. Z kołaczącym sercem obserwowałam jak coraz mniejsza odległość dzieli mnie od Piotra, aż wyniosła ona zero. Nie podnosząc wzroku, podałam mu notes i długopis, dopiero wtedy odważyłam się na taki rodzaj kontaktu.
   Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, a potem wzrok skierował na moją koszulkę. W chwili, w której spoglądaliśmy sobie w oczy, zauważyłam lekko unoszący się kącik ust. Patrzyliśmy na siebie od dłuższej chwili, która dla mnie zdawała się być wiecznością. Znów czułam jak nadzieja i miłość przepełnia moje serce. Trwało to jednak tylko chwilę, potem spoważniał i spuścił wzrok na otworzony zeszycik.
   - Imię? - zabolało. Czułam jak opadają mi skrzydła. Zapomniał o mnie...
   - R...Roksana - wydukałam, patrząc jak siatkarz piszę dedykację dla nieistniejącej dziewczyny. Podziękowałam i odeszłam na bok. Nie wierzyłam w to, co się przed chwilą stało. Nie, to nie może być prawdą...


                                      ***************************************

  Jestem idiotą! Pieprzonym, samolubnym idiotą! Była tak blisko, a ja wszystko spieprzyłem!
  Bez okazywania złości, rozdałem do końca podpisy i zaciskałem ze złości pięści. Niech to szlak!
   - Piotrek! - usłyszałem dziecięcy głos. Odwróciłem się i zobaczyłem małego chłopca pędzącego w moją stronę. Skąd ja go znam?
  No tak, Alek!
    - Piotrek, udało się! - wrzasnął gdy przykucnąłem do niego. - Super grałeś.
    - Dzięki - uśmiechnąłem się do malucha.
    - A gdzie Róza? - zapytał rozglądając się po hali.
    - Nie wiem - odpowiedziałem próbując stłumić wciąż trwającą na siebie złość.
    - Czemu nie wiesz? - zmarszczył brwi. - Widziałem ją koło ciebie.
    - Ona... poszła sobie.
    - Nie może tak po prostu pójść! Idź po nią. O, tam jest! - wskazał rączką na wędrującą ku wyjściu dziewczynę.
    - Ona chyba nie chce mnie widzieć - utkwiłem wzrok w podłodze.
    - Chce, na pewno! Inaczej by nie płakała. - mówił z zabawnym oburzeniem w głosie. Obejrzałem się; faktycznie, ocierała ręką spływające po twarzy łzy. Ten obraz pobudził coś we mnie. Jak mogę patrzeć jak ta dziewczyna przeze mnie płacze, gdy serce krzyczy "biegnij za nią!" Zdecydowałem się posłuchać go.
    - Dzięki, mały - rzuciłem wstając. Ruszyłem w stronę trzęsącej się dziewczyny. To ostatnia nadzieja na odzyskanie jej i nie chcę jej tracić.

                                      **************************************
   - Ależ ten Paul jest miły - w moją stronę szła rozpromieniona Kamila. - A jak...
   - Nijak - nie dałam jej skończyć, czując, że zaraz się rozpłaczę. - Możesz mnie na chwilę zostawić samą?
   - Pewnie - odparła i poszła do brata. Usiadłam na schodach na trybunach i poczułam jak na ręce spadają mi łzy. Chłopak, za którym tęskniłam cztery miesiące, dla którego cierpiałam i wyrywałam sobie włosy z głowy denerwując się, by nie zrobił sobie nic złego po prostu o mnie nie pamiętał...
  "Dlaczego?" to pytanie wciąż krążyło mi po głowie, gdy obserwowałam jak pełne radości dziewczyny odchodzą z autografem mojego ukochanego. Nie, nie mogę tu zostać. Wstałam i ruszyłam ku wyjściu wciąż płytko oddychając.
   - Rose! - usłyszałam za sobą, ale nie odwróciłam się nawet. Nikt nie był w stanie mnie zatrzymać kiedy życie praktycznie było bez sensu. - Zaczekaj!
 Nadal brak reakcji z mojej strony. Usłyszałam bieg i wiedziałam, że nie ucieknę już przed tą osobą. Kuba był szybszy ode mnie.
   Ktoś obrócił mnie za ramię i mocno do siebie przytulił. Zdezorientowana odepchnęłam go (poczułam, że to mężczyzna) i moim oczom ukazał się Piotr. Jego oczy... wyrażały teraz tyle emocji; cierpienie, radość, wzruszenie i jeszcze kilka innych, które ciężko było mi rozszyfrować. Nawet gdyby zranił mnie niejednokrotnie, nawet gdyby to on zakończył nasz związek, nie byłabym w stanie nie wtulić się w jego ramiona powtórnie. Słyszałam jak bije mu serce, a on dobrze mógł wyczuć moje. Niczego innego w tym momencie nie trzeba mi było. Po chwili zatopiłam swoje usta w jego, znowu czując spływające łzy, tym razem szczęścia.
   - Piotr... Czyli jednak pamiętasz jak się nazywam. - mruknęłam gdy oddzieliliśmy się od siebie.
   - Oczywiście, że pamiętam, głuptasie. - uśmiechnął się uroczo. - Nigdy nie byłbym w stanie zapomnieć imienia najcudowniejszej kobiety jaka stąpa po ziemi. Różo, kocham cię mimo rozłąki czasu i zawsze będę to robił. Proszę, pozwól nam znów zaistnieć.
    - Ja ciebie te...
    - Tu jesteś! - krzyknął Igła idąc w naszą stronę, a zauważając mnie widocznie jego uśmiech się rozszerzył. - Miło cię znów widzieć, Rose. Pozwól jednak, że porwę na chwilę tego oto pana - wskazał na Nowakowskiego. - który musi odebrać kilka nagród. Obiecuję, że dzisiaj jeszcze go zwrócę!
    - Zaraz przyjdę - mruknął do Igły, tym samym przytulając mnie. - Nie chcę odbierać niczego, najlepszą nagrodę mam tutaj, ciebie.
     - Piotrek, chyba jednak musisz. - spojrzałam mu w oczy.
     - No ok - uśmiechnął się. - Poczekałabyś na mnie... po tym wszystkim?
     - Oczywiście.
     - Dziękuję. - pocałował mnie w policzek i uciekł do drużyny.
  Patrzyłam jak podchodzi do niego grupka osobników ubrana w pasiaki. Nie było mi jednak dane widzieć dalszych losów rozmowy, bo ni stąd, ni zowąd urosła przede mnie Kama z szklanką w oczach.
   - Wiedziałam, że mi się uda! - krzyknęła wieszając się mi na szyi.
   - Dzięki, za wszystko - opatuliłam ją swoimi ramionami i razem poszłyśmy patrzeć jak Resoviacy odbierając puchar i cieszą się z wygranej.
  Dla mnie jednak nie wygrana mistrzostwa była przyczyną radości, a widok roześmianego chłopaka, którego miłość odzyskałam.
 Czasami warto żyć, właśnie dla takich chwil...

--------------------------------------------------------------------

Możecie mnie za to zabić, śmiało ._.
Wybaczcie za brak odzewu z mojej strony przez ostatnie kilka dni, ale sytuacja w jakiej jestem nie pozwalała mi nic sensownego wymyślić... Przepraszam :(
Ach, zapomniałabym...
Moja droga Resovio, wierzymy w Ciebie do końca! Do boju, pokażmy że nie bez przyczyny jesteś MISTRZEM POLSKI!
No, to chyba tyle z mojej strony. Do następnego!

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 24


 ...
"Jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić 
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem 
Chciałbym umrzeć z miłości."


 Cisza.
 Tylko ona mnie otacza, tylko ona może mnie wysłuchać bez zbędnego pocieszania czy odgrywanych scen zrozumienia. Chłopaki mogą tylko próbować zrozumieć moją sytuację. Oni wszyscy nie wiedzą jak to jest, bo to oni zostawiają bliskich, a nie są opuszczani, zawsze. Ich ból serca znika z zwiększającą się liczbą alkoholu w krwi.
  Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że moje życie zmieniało się w jedną wielką wegetację. Gdy wychodziłem z domu, jechałem prosto na halę, nigdzie więcej. Godzinami udawałem, że panuję nad tym co dzieje się w moim sercu. Wystarczyło, że zapadła noc, wtedy wszystko jest inne. Serce mocniej boli, wspomnienia wracają jak odczytywane na nowo karty ulubionej książki. I choćbym chciał zapomnieć, uda mi się to tylko na dzień, wraz z ciemnością powróci każda unikana myśl.
  Usłyszałem trzask drzwi i kilka nerwowo wypowiedzianych niecenzuralnych słów. Bartman, na pewno. Po chwili zobaczyłem właśnie niego, poczerwieniałego ze złości.
   - A tobie co jest? - zapytałem, a on padł na fotel naprzeciw mnie.
   - Co mi jest?! Róża mi jest! - wykrzyczał, a mnie sparaliżowało. Widział ją, moją Rose... - Nie wiem co ty w niej widzisz. No nie patrz na mnie jakbym tu paradował nago! Nie zdziwię się jak znienawidzisz mnie za to. Sam z resztą zabiłbym kogoś za taką informację.
   - Czyli za co?
   - Dzisiaj, dosłownie godzinę temu, szła po przeciwnej stronie ulicy. Chciałem podejść, przywitać się i zapytać co z Wami się stanie. Ale wtedy zauważyłem obok niej jakiegoś bruneta. Objął ją i zaczął mruczeć coś do ucha. Ta tylko spuściła głowę i potakiwała mu. Nie protestowała niczemu, pozwoliła mu jeździć dłonią po całej talii i biodrach. Postanowiłem, że nie zostawię tak tego, przeszedłem na drugą stronę i zacząłem za nimi iść. Miałem taką ochotę przyjebać kolesiowi, ale Bogu ducha on winny, to ona udaje, że kocha. Po kilku minutach chłopak wszedł do jakiegoś budynku, a ona pozostała na zewnątrz. Gdy z nią "rozmawiałem", starała się jakoś tłumaczyć, ale nie rwała się do tego specjalnie. Nie podjęła nawet próby przeprosin, zachowała się jak zwykła szmata. W ogóle...Piotrek, wszystko ok?
  Czułem się jakby ktoś wyrwał mi serce i rzucił je daleko w ocean. Pozostała po nim pustka tak bardzo paliła, a oczy momentalnie zaszły mgłą. Zostawiła mnie dla kogoś? Po tym jak mówiła mi, że nie przestanie mnie kochać, że nie chce mnie zostawiać... Po tym jak wychodziła ze łzami w oczach z mojego domu? Przecież gdy nie zależy ci na kimś, nie płaczesz przed odejściem.
   - Jak on wyglądał? - wydusiłem z zaciśniętego gardła.
   - Że co?!
   - Jak wyglądał ten facet, który z nią szedł?
   - Czarne włosy, średniego wzrostu, trochę za śmiały na mordzie i chyba narzucał jej wszystko, bo ona nie była zadowolona z jego słów i dotyku.
 Słysząc to, otworzyłem szerzej oczy. Wszystko wskazywało na... Krawczyka. Ale czy zostawiłaby mnie dla niego? Pokręciłem przecząco głową. Nie, to nie może być prawdą. Co mam zrobić, żeby wybudzić się z tego nienormalnego koszmaru?!
  - Zrozum, ja nie chciałem cię tym dołować. Po prostu lepiej, żebyś dowiedział się wcześniej niż...
  - Nie mam do ci tego za złe, dzięki. - mruknąłem i wymusiłem się na niemrawy uśmiech. Milczeliśmy. Dobrze zrozumiał, że tego mi było trzeba bardziej niż rozmowy.
  - I co z tym zamierzasz zrobić? - zainteresował się po kilku minutach ciszy.
  - Chcę tylko, żeby była szczęśliwa. - zagryzłem wargi, tym samym powstrzymując napływające łzy. Nowakowski, ogarnij się, nie masz dziesięciu lat! - Obojętnie czy ze mną, czy z kimś innym. Brakuje mi jej, ale ona kocha innego. Trudno, muszę się z tym pogodzić.
  - Współczuję ci. Mogę ci teraz jakoś pomóc?
  - Nie sądzę. Chciałbym zastanowić się jeszcze nad tym wszystkim, jeśli mogę, w samotności.
  - Jasne, już idę. Wpadnę potem.
    Kiwnąłem głową i czekałem aż Bartman opuści mój dom, gdy z hukiem wpadł Lotman.
  - Powiedziałeś mu? - zwrócił się do Zbyszka, a gdy ten przytaknął, kontynuował. - Cholera, Zibi, nie mogłeś na mnie poczekać? Ona wcale nie...
   - Jasne, nie kocha tamtego i jest zakochana jeszcze w Picie, co? Oj, Paul, za naiwny jesteś. - zaśmiał się. - Lepiej chodź, Cichy musi zostać sam.
  Zdezorientowany Amerykanin poszedł za Zbyszkiem do przedpokoju, ale przedtem spojrzał jeszcze na mnie. Dało się wyczytać z jego oczu, że chce mi coś powiedzieć, ale powstrzymywany przez Zbyszka, odszedł zrezygnowany. Po chwili jednak usłyszałem odgłosy kłótni między nimi. Nie trwało to długo, bo oddalili się na tyle daleko, bym nie usłyszał choćby słowa więcej. Tak to przynajmniej przyjąłem.
  Zostałem sam. Cisza stała się teraz drażniąca, a chęci do życia pękły niczym mydlana bańka. Wcześniej miałem nadzieję, że wróci, że znów będziemy razem, tak jak kiedyś. Że znowu usłyszę ten dźwięczny śmiech i nieśmiałe "kocham cię" skierowane w moją stronę. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. W takim razie nie powinienem już żyć.
                                                                    ***********

...
"Podróż w ciszy, chociaż zawsze sięgam moją
Dłonią i dotykam ciebie
Jesteś daleko, w moich wspomnieniach"



 Wyszłam z komisariatu przez potężne drzwi i od razu uderzył mnie mocny podmuch wiatru. Przymknęłam powieki, z których wypłynęły łzy.
  Przed kilkoma minutami wypowiedziałam na raz chyba najwięcej słów w całym życiu. Przynajmniej w słusznym celu - Krawczyk dostanie za swoje. W środku jednak czułam jeszcze obawę przed spotkaniem rozwścieczonego i pragnącego zemsty chłopaka.
    Zrezygnowana, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że padał deszcz, a ja stałam jak idiotka, pozwalając na przesiąkanie wodą ubrań. Pobiegłam więc pod najbliższe schronienie, którym był daszek przed kilkoma sklepami.
  Czas, żeby zadzwonić do Paula i poprosić go o spotkanie. Nie będzie to łatwe, ręce mi się trzęsły na samą myśl spotkania Piotrka. Bałam się jego reakcji na mój widok. Miałam wielką nadzieję, że nie wyrządziłam mu aż takiej krzywdy, o jakiej mówili. Z resztą nawet bez ich słów czułam się okropnie. Przecież on nic złego nie wyrządził...
   Na ramieniu poczułam czyjąś ciepłą dłoń. Przeszedł mnie dreszcz. Pierwsze co przeszło przez głowę, to rozwścieczony Maciek. Okręciłam powoli głowę. Spodziewałam się postaci wysokiego bruneta, więc jakie musiało być moje zdziwienie gdy zobaczyłam lekko uśmiechającą się Kamilę. Nie była wściekła czy wystraszona, po prostu patrzyła na mnie z ulgą wypisaną na twarzy.
   - Kamila? Co ty tu...? - nie dane mi było nawet skończyć zdania, bo już po chwili mocno mnie do siebie przytulała.
   - Spokojnie, złapią go, zobaczysz. - szeptała mi do ucha. - Kuba mi wszystko powiedział, przepraszam, że nie zrozumiałam tego w odpowiednim czasie. Ale teraz już wszystko będzie jak trzeba.
  Uśmiechnęłam się sama do siebie. Powiedzenie Kubie przy śniadaniu o mojej sytuacji było dobrym pomysłem. Ten chłopak coraz bardziej mnie zaskakuje, rzecz jasna pozytywnie.
   - Masz rację, nie pozwolę się już niczemu zepsuć. Najpierw jednak muszę naprawić wszystko co zniszczyłam. Chciałabym to wyjaśnić Piotrowi i Bartmanowi. Pit o niczym nie wie, a Zbyszek widział mnie z Krawczykiem i nie był za bardzo zadowolony.
   - To co zamierzasz z tym zrobić?
   - Rozmawiałam z Lotmanem, pomoże mi. Postara się, żebyśmy się zobaczyli i wtedy wyjaśnię całą sytuację.
 Kamila aż klasnęła w ręce z radości.
   - Świetnie! Wszystko uda nam się załatwić jednego dnia. Nie wiesz nawet jak za tobą tęskniłam... To znaczy byłaś, ale jakby tylko ciałem, dusza przy Maćku umiera.
 Przytaknęłam i od razu chwyciłam za telefon. Wolałam mieć to wszystko za sobą i już mieć przy sobie Nowakowskiego.
   - Yeah? - usłyszałam po kilku sygnałach.
   - To ja. - mówiłam starając się dobierać dobrze słowa, rzecz jasna po angielsku. - Jestem już po zeznaniach. Mogłabym z wami porozmawiać?
  Milczał. Podejrzewałam, że dogadywał się z kimś. Udało mi się usłyszeć tylko głębokie westchnięcie.
   - Postaram się być z nimi za pół godziny na Podpromiu. Dasz radę?
   - Oczywiście. Już tam idę. - rozłączyłam się i szybkim krokiem ruszyłam w stronę Podpromia.
   - Hej, gdzie ty pędzisz? - Kamila ledwo nadążała za mną.
   - Walczyć o miłość. -  rzuciłam i po chwili u mojego boku pojawiła się uradowana Kama.
     Około pół godziny później stałyśmy już przy celu. Z racji, że było strasznie zimno, kupiłyśmy w automacie kawę i czekałyśmy.
   - Rose?
   - Tak?
   - Mocno tęsknisz za Piotrkiem? No, wiesz o co chodzi.
   - Gdyby można to było ująć w słowa. Czułam się jak zgubione w środku miasta dziecko. Chciałam go spotkać. Włóczyłam się po mieście mając nadzieję, że wpadnę na niego przypadkiem i będę mogła przeprosić i błagać o przebaczenie. Nie było mi to pisane, jedynie jego zdjęcie było przy mnie... Każdej nocy łzy spływały po moich policzkach, a wargi przegryzałam do krwi, byle tylko nie łkać. Tyle razy wystukiwałam jego numer telefonu, ale ani razu nie odważyłam się zadzwonić. Nie chciałam mu utrudniać zapomnienia o mnie. Nie jestem warta jego cierpienia... Cóż, może chociaż mi wybaczy to co zrobiłam. Chciałabym znów z nim być, o ile mi wybaczy...
 Nie powiedziałam już nic innego, bo koło nas pojawił się Lotman. Sam. Zamilkłam, wyczekując choćby jednego słowa usprawiedliwienia ich nieobecności, lecz z sekundy na sekundę cisza stawała się coraz bardziej uciążliwa.
   - Przyjdą? - spytałam.
   - Nie. Bartman nie dał mi nawet podejść do Pita, jest załamany. Gdy ktokolwiek powie twoje imię, zamyka oczy i klnie. Przepraszam, starałem się.
  Kubek z kawą mimowolnie wypadł mi z rąk wylewając na śnieg brązowo-czarną ciecz. Oczy zaszły mi  mgłą, a oddech głośniejszy niż zwykle.
 Wpatrywałam się w ziemię gdy moje serce, niedawno posklejane, znów roztrzaskiwało się na małe drobinki. Cała nadzieja, którą gromadziłam w sobie przez ten miesiąc... Po prostu znikła.

Dlaczego tak to wszystko się potoczyło? Nie tak miało być. Istnienie bez osoby, którą się kocha, nie ma celu...
  - Rose, chodź. - Kamila, wyraźnie rozgniewana, chwyciła mnie za przegub i pociągnęła za sobą. - Bezczelny Bartman! Niech ja go tylko dostanę w swoje ręce, nie pożyje długo! Choćbym go miała własnymi rękoma udusić! Idiota... Damy radę, słyszysz? Spotkasz Piotra, obiecuję ci to. Chodźmy teraz do Kuby, może on porozmawia z tym imbecylem.
 Nie protestowałam, było mi to obojętne gdzie idę. Nie czułam nic poza ogólnym otępieniem.
Straciłam nadzieję, że cokolwiek będzie normalnie. Nie chcę żyć, to za bardzo boli...

----------------------------------
Przepraszam przepraszam przepraszam! Znowu... Faka XD
Od razu mówię, że nie mogłam z siebie wydusić tego rozdziału, bo jest... smutny, nawet bardzo.
Sovia do boju! ♥
Do następnego ;)

środa, 20 marca 2013

Rozdział 23

  - A ta? - Olieg skierował ku mnie ekran laptopa. Westchnąłem i spojrzałem na fotografię w komputerze. Sztuczna blondynka spoglądała na mnie wyzywającym wzrokiem, najwyraźniej nie wiedząc co zrobić z rękoma.
  - Nie - rzuciłem i wróciłem do oglądania telewizji. Nie zwracałem specjalnie uwagi na sens tego, co akurat leci, to bez znaczenia.
  - Już dziesiąta z rzędu - mruknął przejeżdżając scroll'em kolejne metry. - Czemu nie chcesz z żadną chociażby pogadać?
  -  A czemu wy chcecie mnie uszczęśliwiać na siłę? - warknąłem kładąc gołe stopy na ławę, a nogawka poszarpanych jeansów zsunęła się na łydkę. - Zrozumcie, że nie umiałbym być z inną.
 Nie odpowiedział. Milczał, ale widziałem jak bardzo powstrzymywał się od choćby małego komentarza. Zmieniali wartę przy mnie od tygodnia. Czy wyładowanie emocji na czyimś samochodzie przy Podpromiu i brak ochoty do życia jest czymś złym?
  Nie wiem już jak inaczej zagłuszyć w sobie wołające o Nią serce. Trzy tygodnie i pięć dni. Prawie cztery cholerne tygodnie bez tej delikatnej postaci. Z dnia na dzień coraz bardziej brakowało mi jej ciemnych oczu, które tak uroczo się do mnie cieszyły, tego rumieńca na policzkach, gdy nasze twarze dzieliły milimetry i uśmiechu. Tego przeznaczonego wyłącznie dla mnie.
  Zamknąłem oczy i złapałem się za głowę. Znów dała mi znać o nieprzespanych nocach. Jak mógłbym zasnąć w tym łóżku, mając świadomość, że ona nigdy już nie będzie w nim razem ze mną. Że już nie powróci...
  - Piotrek, wszystko gra? - Poczułem na sobie dłoń Alka. Przez chwilę jednak miałem wrażenie, że to ręka Róży. W gardle urosła mi wielka gula. Momentalnie złapałem w płuca więcej powietrza. Jak mogłem czuć się normalnie skoro moje serce jest teraz w kawałkach?!
  - Tak, jest ok - mruknąłem nie patrząc mu w twarz. Czułem, że się martwi, jednak nie chciałem tego widzieć. - Idę się przejść, będę jak wrócę.
 Wstałem i, wcześniej zarzucając na siebie bluzę i trapery, wyszedłem na zewnątrz. Śnieg przylepiał się do mojej twarzy, gdy przemierzałem bez celu rzeszowskie chodniki. Spuściłem głowę, żeby oczy odpoczęły od rażącej bieli i napływających do głowy wspomnień.
Zaczynałem widzieć ją w każdej mijanej dziewczynie. I to najbardziej bolało - obojętnie jakbym się starał, nie potrafię o niej zapomnieć.
  Wiatr rozwiewał mi włos, gdy kręciłem się koło Wisłoku. Trzęsłem się z zimna, ale nie to było teraz najważniejsze.
 W końcu je ujrzałem. To miejsce nie zmieniło się chyba nigdy. Zbliżyłem się i pozwoliłem wspomnieniom zabrać mnie w przeszłość.
 To tu zabrałem ją kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, to tu pierwszy raz wziąłem ją w objęcia i zrozumiałem, że nie jest kimś obojętnym.  Moja dłoń spoczęła na niewielkim murku. Tym samym, na którym siedzieliśmy razem, a ona opierała głowę o moje ramię jakby to było coś, co robi się normalnie. Kurwa, jaki ja byłem wtedy szczęśliwy!
 Emocje rozsadzały mnie od środka. Miałem ochotę przebiec cały Rzeszów, nawet całą Polską, byle tylko ją znaleźć. Zrobiłbym cokolwiek, byle tylko wiedzieć, że jest szczęśliwa. Nie musi być ze mną, po prostu chcę jej dobra...
 W końcu zdecydowałem się na uwolnienie tego co czuję. Zacząłem krzyczeć. Może chociaż to pomoże. Nie ograniczałem się do jakiejś głośności - zdzierałem gardło ile tylko miałem sił. Zacisnąłem pięści i zamknąłem oczy. Wtedy dopiero poczułem, że po policzkach cienkimi strużkami ciekną mi łzy. Zaprzestałem krzyku i osunąłem się po murku siadając na śniegu. Zachłysnąłem się powietrzem, ale szybko to opanowałem. Zabawne, że w tym małym ciałku dziewczyny mieści się serce, które w tym momencie wydawało mi się z kamienia.
Różo, dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego akurat teraz, gdy wszystko było tak idealne? Dlaczego zostawiłaś mnie po tym wszystkim samego? Tak bardzo cię kocham...


                              ***********************************************
  Po raz kolejny wpatrywałam się w jedno zdjęcie, starając się zapamiętać dokładnie każdy najdrobniejszy fragment. Najdłużej jednak przystawałam na elementach takich jak nasze splecione dłonie czy zaglądającego mi w oczy Piotra.  Zrobił je jakiś fotograf na meczu młodej Resovii. Przejechałam opuszkami po całej postaci Nowakowskiego. Gdybym tylko mogła skraść mu chociaż jeden uśmiech...
 Słysząc otwierane drzwi, podskoczyłam i schowałam fotografię do torby.
   - Długo jeszcze? - jęknął Maciek wchodząc do szatni. Kretyn. - Mam już dość sterczenia!
 A ja mam dość twojego towarzystwa... Już miałam to na końcu języka, ale wydusiłam z siebie tylko:
   - Już idę, moment.
  Stanął w drzwiach i przyglądał się jak ubieram płaszcz i buty. Trzy tygodnie starczyły mi, żeby przekonać się o nieskończoności jego głupoty. Z resztą moje posiniaczone ręce i brzuch też się przekonały.
  Zarzuciłam torbę na ramię i z niechęcią ruszyłam ku niemu. Na moje nieszczęście z wierzchu torby wypadło nic innego jak znany mi obraz uwieczniony na twardszej kartce.
   - Co to? - wskazał na trzymaną przeze mnie fotografię, po czym  jednym ruchem wyrwał mi ją z rąk i westchnął. Rozdarł ją w drobny mak. - Znowu on? Daj sobie już z nim spokój.
   - Tyle że ja nie chcę - mruknęłam cicho, jednak nie wystarczająco, bo ciemnowłosy zbliżył się do mnie niebezpiecznie.
   - Zrozum, że on już dawno o tobie zapomniał - syczał przez zęby gdy robiłam krok w tył. - Gdzieś ma takie panienki, które nim gardzą. W końcu sportowcy mogą mieć każdą, a jeśli chodzi o dziewczyny takie jak ty-na każdy dzień roku inną.
   Zmrużyłam oczy i pokręciłam przecząco głową. Złapał mnie mocno za przegub i pociągnął za sobą z szatni. Miał rację, Piotr mógł mieć każdą. Mimo to wolał od każdej mnie, a ja wszystko zaprzepaściłam.
  Szłam za Maćkiem, wsłuchując się w głośny oddech tego bydlęcia. Dobrze mu tak, niech się denerwuje ile wlezie!
  W końcu zwolnił kroku tak, że szliśmy obok siebie.
   - Wiesz, to dobrze, że jesteś inna. - uśmiechnął się kpiąco - Przynajmniej nie nudzę się jak przy Kamili.
 Zostawiłam to bez odpowiedzi, nie po raz pierwszy. Milczenie było najlepszym sposobem na uniknięcie bezsensownej wymiany słów.
  Nie chciałam na niego nawet patrzeć. Najpierw mówi coś na Pita, potem na Kamę... Odwróciłam głowę w drugą stronę. Musiałam zamrugać, żeby przekonać się czy mózg nie płata mi figli. Spotkałam się wzrokiem najpierw z Paulem Lotmanem, a potem z Zbyszkiem. Zdziwienie na twarzy Barmana było nie do opisania, jakbym szła w stroju lamy po najbardziej ruchliwej drodze w Rzeszowie. Schyliłam nisko głowę czując rękę Maćka na biodrze. Było mi wstyd, że Zbyszek to widzi. Maciej cały czas coś do mnie pieprzył, ale wystarczyło mu przytakiwać, by był zadowolony.
  - Poczekaj tu, zaraz wrócę - zamruczał mi do ucha i zniknął za drzwiami jakiegoś budynku. Nie patrzyłam nawet gdzie jestem, chciałam jak najszybciej znaleźć się u siebie i zamknąć w tym wielkim pokoju.
   - Nie wspominałaś, że masz kogoś - usłyszałam za sobą niski głos. Chwilę później naprzeciw mnie stał rozwścieczony Bartman, a w tyle zdezorientowany Paul. - Jesteś z tym kolesiem? Och, czyli jesteś przy nim szczęśliwa? Nie będę więc psuł tego idealnego związku i z chęcią pomogę Piotrkowi o tobie zapomnieć. Nie widzę sensu, żeby pomagać ci do niego wrócić. Nie jesteś jego warta.
   - Ale to nie tak, ja...
   - Może jeszcze zaczniesz mi opowiadać jaki to on zły i podły dla ciebie? Daruj sobie.
  Spojrzał na mnie z pogardą i odszedł. Obserwowałam jak krzycząc głośno "suka!" kopie w zaspę śniegu i jeszcze bardziej zdenerwowany zaciska pięści i idzie coraz szybciej. Rose, idiotko, czemu mu nie wytłumaczysz o co chodzi?! Czemu nie pobiegniesz za Zibim? Ech, brawo, właśnie otrzymałaś tytuł najgłupszego człowieka świata.
 Spojrzałam w bok. Lotman stał z otwartymi ustami, najwyraźniej nie wiedząc co powiedzieć.
   - Śmiało, zrównaj mnie z ziemią - kaleczyłam angielski, a w gardle wyrosła mi ogromna gula.
   - Rose, on naprawdę za tobą tęskni. - otarł mi łzę z policzka, której nawet nie czułam. - A ty, nie tęsknisz?
   - Tęsknię - mruknęłam i spojrzałam na twarz przyjmującego. Był smutny. Tak samo jak ja.
   - Więc wróć do niego! Nie wierzę, że kochasz tego zarozumiałego palanta. Naprawdę! Na kilometr widać, że zmuszasz się do niego. - mówił z pośpiechem. - Jaki jest sens rozdzielenia jeśli i ty, i Cichy cierpicie po nim? Przemyśl to, proszę.
   Kiwnęłam głową, a on pobiegł w stronę znikającego z horyzontu Bartmana.
   Paul ma rację, ale czy moje starania nie pójdą na marne? Dla Nowakowskiego zrobiłabym wszystko...
  - Już wszystko załatwione, idziemy - chłodno mówił Krawczyk.
  - Nigdzie z tobą nie idę - oznajmiłam przez zaciśnięte zęby. Cała złość z ponad trzech tygodni zaczęła wypływać mi z ust w postaci słów.
  - Czyżbyśmy się buntowali? - zaśmiał się. - Odważnie. Ale po co ci to?
  - Bo mam cię dość. Ciebie i tych pieprzonych szantaży. - teraz to na moją twarz wpłynął drwiący uśmiech i zaczęłam wyliczać na palcach: - Włamania, groźby, szantaże, przemoc... Mam wymieniać dalej? Wątpię, żebyś chciał to słyszeć, ale za to panowie w policyjnych mundurach chętnie mnie wysłuchają.
  - Nie odważysz się. - zmrużył oczy w dwie cienkie kreski. - Twoja matka i brat mogą przez to ucierpieć.
  - No widzisz, kolejny punkt do listy! Jutro o tej godzinie będziesz już siedział w celi, a... - skurcz w brzuchu przerwał mi wypowiedź. Pięść Maćka z odgłosem uderzyła o mój brzuch zahaczając o żebra. Bolało niemiłosiernie, ale nie dałam po sobie oznak. - To taki gest na pożegnanie, tak? Cóż, wolę to od dotykania twojej obrzydliwie krzywiącej się twarzy.
  - Zabieraj się stąd, póki się opanowuję. - wysyczał, a gdy nie zareagowałam, podniósł głos. - No uciekaj!
  - Zgodnie z poleceniem, żegnam. - zaśmiałam się w twarz dygoczącemu ze złości chłopakowi i po chwili szłam samotnie w stronę internatu.
 Szybko pokonałam schody i znalazłam się w pokoju.
Co ja teraz zrobię? Nie mogę tu zostać, miejsce w 14 jest zajęte przez nową współlokatorkę Kamy (swoją drogą, nie rozmawiałam z nią jeszcze.),  a Piotr? Nie mogłabym... Po tym co mu zrobiłam, ciężko byłoby mi poprosić go o przyjęcie pod dach.
  Spakowałam w małą walizkę ubrania na kilka dni, kosmetyki i kopię podartego zdjęcia, po czym wyszłam z internatu i ruszyłam znaną mi już drogą. Po około piętnastu minutach stałam przed tą pamiętną kamienicą. Weszłam do środka i, gdy stałam już przy właściwych drzwiach, zadzwoniłam.
  Otworzył mi zaspany chłopak rozcierający jedną powiekę. Na mój widok jego oczy momentalnie się otworzyły, a dłoń przeniósł na kręcone ciemne włosy. Mimo sytuacji w jakiej się znajdowałam, widok Kuby z marsowym wyrazem twarzy nieco mnie rozbawił.
   - Róża? Co ty tu robisz? - zapytał - Nie powinnaś być w internacie?
   - Być może powinnam. - mruknęłam. - Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę. Przenocuj mnie, choćby dwa dni. Nie mogę teraz wrócić do internatu.
   - Ale... - zaczął, ale nie pozwoliłam mu skończyć.
   - Wytłumaczę ci wszystko potem, tylko pozwól mi tu zostać. - spojrzałam na jego twarz. Wahał się, ale w końcu uległ ciężko wzdychając.
   - Niech będzie, wchodź. - zrobił mi przejście, co szybko wykorzystałam. - Napijesz się czegoś?
   - Nie, dzięki. - uśmiechnęłam się do ziewającego chłopaka. Fakt, nie przyszłam w godzinach odpowiednich, przez co zrobiło mi się głupio. - Lepiej pójdę już spać. Który pokój?
   - Idź do Mili. - wybełkotał i zniknął za drzwiami swojego pokoju. - Dobranoc.
 Usiadłam na zaścielonym łóżku i wyciągnęłam fotografię. Jedynie w nią mogę patrzeć godzinami, a nadal mi się nie nudzi. Złapałam szybko za telefon. Jeden SMS - tyle byłam w stanie napisać przed tym jak opadłam bezwładnie na poduszki.
  "Paul! Dziękuję... Odeszłam od Maćka. Jutro o wszystkim dowie się policja, a wy zaraz po nich... O ile będziecie mieli ochotę mnie widzieć. Proszę, niech Zbyszek i Piotrek też mnie wysłuchają. Do jutra, R."

-------------------------------------------------

Takie to suche i bez sensu...
Oj, trudno, ważne, że Rose się trochę otrząsnęła.
Nie ma to jak codziennie prawie trzy razy zaliczać glebę -.- Kocham zimę wiosną, a co!
No cóż, to do następnego :)
Misu.

czwartek, 14 marca 2013

Rozdział 22

Przygryzłam obolałą już wargę, próbując poczuć znowu smak Jego ust. Kolejny raz obraz zamazał mi się przed oczami kiedy szłam to tego przeklętego parku. Rękawem wytarłam spływające po policzkach łzy i zorientowałam się, że jestem już pośród drzew. Jeszcze tylko parę metrów... Może Maciek zrezygnował? Może da mi spokój? Może...
  na marne moje przypuszczenia - wypatrywał mnie mnie szeroko się uśmiechając. Włożyłam ręce do kieszeni i zmniejszyłam odległość między nami.
   - Miło cię widzieć! - rzucił na powitanie. 
   - Nie mogę powiedzieć tego samego - skrzywiłam się.
   - Dobra, nie bawmy się w podchody. Wszystko załatwione? - jego ton był beznamiętny, choć wolałam to od przesłodzonego akcentowania każdego wyrazu.
   - Gdyby było inaczej, raczej bym tu nie przychodziła. - uniosłam znacząco brwi.
   - Racja - zaśmiał się - to dobrze, nie mogłem się doczekać.
 Zacisnęłam mocno pięści, a on pocałował mnie w policzek i złapał za rękę, tym samym każąc iść przed siebie.
   - Pokój zmieniony? - zapytał nagle. Przytaknęłam - Super.
  Pociągnął mnie za ramię, żebym na niego spojrzała. Złośliwy uśmiech okolony kilkudniowym zarostem i piorunujące spojrzenie przeszyło boleśnie moje wnętrzności. Spuściłam wzrok i wyobraziłam sobie, że to Piotrek ściska moją dłoń i jeździ kciukiem po jej wnętrzu. Prze oczyma stanął mi widok bezradnego Pita, gdy opuszczałam jego dom.
  Oczy po raz kolejny zaszły mi tafle łez. Zamrugałam szybko, ale nawet to nie pomogło i na płaszcz spłynęły pojedyncze krople. Wolną dłonią przejechałam po materiale rozmazując ślady. On nie może zobaczyć jak bardzo mnie to boli. Nikt nie może...
  Nikt nie może wiedzieć dlaczego zostawiłam Piotra. Co by było jakby ktoś się dowiedział, że jestem z Maćkiem, którego najbardziej nie cierpiałam, z wzajemnością, gdy kocham dwumetrowego chłopaka, który nigdy nie powiedziałby o mnie złego słowa.
  Dotarło to do mnie. Właśnie niszczę swoje życie i szansę na przeżycie go u boku ukochanego. Spieprzyłam wszystko...

                                                        **************************
   Kiedy siedziała smutna na tym fotelu naprzeciw mnie, myślałem, że jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Teraz wiem jak bardzo się myliłem...
  Nie miałem świadomości, że mijała minuta za minutą, a moja sytuacja stawała się coraz gorsza. Jak idiota wpatrywałem się w kremowy fotel i otworzoną na przerwanym momencie książce. Tak, czytała ją Rose.
 Prezenter za głośno opowiadał o kolejnych poszkodowanych po noworocznych zabawach. Wiedziałem, że moje cierpienie nie równa się z ich, ale ból psychiczny był gorszy od jakiejkolwiek kontuzji.
  Usłyszałem trzask drzwi.
   - Człowieku przycisz to trochę - syknął Bartman - Po co tak głośno gra to pudło?
   - Zagłusza moje myśli - odpowiedziałem bez żadnych sentymentów, a on spojrzał na mnie z marsową miną.
   - Nieważne... Masz coś na ból głowy? Wszystko mi się skończyło, a do ciebie jest bliżej niż do jakiejkolwiek apteki.
   - Poszukaj, coś powinno być - rzuciłem nadal wpatrując się w to cholernie puste miejsce.
 Zbyszek, nie mówiąc już nic, poszedł do kuchni. Dochodziły do mnie tylko dźwięki otwieranych szafek, przesuwanych przedmiotów i tłuczonej szklanki.
   - Dobra, mam coś! - krzyknął z kuchni i po chwili siedział koło mnie pijąc coś. Nie patrzyłem co, to i tak bez różnicy.
   - A gdzie Róża? - zapytał nagle. Milczałem. - Piter, gdzie ona jest?
   - Nie wiem - mruknąłem błądząc wzrokiem po stopach.
   - Jak to nie wiesz?! - wybuchnął Zibi - Jak można nie wiedzieć gdzie jest własna dziewczyna?!
 Nie odpowiedziałem mu zmieniając punkt zainteresowania na stojący przede mną kubek. Jeszcze wczorajszy, z śladami jej delikatnej szminki.
   - Ogłuchłeś czy co? - nie ustępował. - Nowakowski, odezwij się!
   - Odeszła! Odeszła, rozumiesz?! Zostawiła mnie, tak po prostu. Zniknęła. Nie wiem gdzie jest, ale wiem, że nie chce ze mną być. Wystarczy?
 Jego oczy zmieniły się w dwie pięciozłotówki, a ręce oparły bezwładnie z głośnym plasknięciem na kolana.
   - Ale... wczoraj było jeszcze wszystko dobrze...
   - Racja, było - warknąłem.
   - Mówiła czemu?
   - Nic, chyba nawet chciała wyjść bez pożegnania.
   - To do niej nie podobne...
   - Wiem! A wiesz co jest najgorsze? Że nawet za nią nie pobiegłem. Stałem i jak taki pojeb patrzyłem jak biegnie.
   - Czasem warto dać komuś wolną wolę, żeby dowiedzieć się czy uczucie jest prawdziwe. - powiedział z grobową miną. Spojrzałem na niego z ukosa.
    - Musi być ze mną naprawdę źle, bo Bartman filozofuje.
    - Stary, nie mówię sobie tego tak po prostu. - szturchnął mnie w ramię. - Chcę, żebyś o nią walczył. Samo to, że będziesz siedział w chacie i myślał o niej jak o zeszłorocznym śniegu nic nie pomoże. Musisz podnieść ten siatkarski zad i zrobić wszystko, by do ciebie wróciła.
    - Jasne, bo ona akurat po tym jak mnie zostawiła będzie chciała wrócić. - zaplotłem ręce na klatce piersiowej - Nie wierzę w to.
   - Rób co chcesz. - zirytował się - Widzę, że nie masz ochoty na rozmowy. Trzymaj się.
 Po tych słowach opuścił dom. Znowu chciałem od tego uciec... Ale jak?
  Gdybym tylko przestał ją kochać... Byłoby mi o wiele łatwiej. Tylko jak zapomnieć o kimś, kogo kocha się nad życie? Jak wymazać go ze swojego życia? I jak zagłuszyć palące z tęsknoty serce?
  Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na te pytania. Jedyną nasuwającą się odpowiedzią była ona, Rose..


                        *************** dwa tygodnie później ********************

  - Koniec, możecie już iść się przebierać - powiedziała z uśmiechem Sowa. Wszystkie dziewczyny podniosły się i podążyły ku wyjściu. Poczułam na ramieniu zimną dłoń. Cholera, znowu! - Mogę z tobą porozmawiać?
  - Oczywiście - powiedziałam zachrypniętym głosem i odwróciłam się do kobiety.
  - Różo, coś się dzieje? - zapytała z troską.
  - Nie, wszystko w porządku - uniosłam kąciki ust do góry. - O co chodzi?
  - Martwię się o ciebie. Ostatnio... zmieniłaś się. - zmarszczyła brwi - Nie widziałam, żebyś rozmawiała z Kamilą. Poza tym zbladłaś i nie masz już tyle energii co kiedyś. Jeśli potrzebujesz rozmowy, to śmiało możesz mi powiedzieć co cię trapi.
  - Zapewniam panią, że czuję się dobrze. Jeśli będzie coś nie tak, zgłoszę się do pani.
  - Niech ci będzie. - przeleciała wzrokiem po mojej sylwetce - Dbaj o siebie.
 Kiwnęłam głową potakująco i ruszyłam do szatni. Jedyną osobą, która nadal się przebierała była Nadia. Rosjanka już dawno powinna być z powrotem w swoim kraju, jednak "na szczęście" znalazło się miejsce.
  - Słyszałam, że układa ci się z Maćkiem - mruknęła z typowym dla Rosjan akcentem. - Nie dziwię się Kamila, że nie chce z tobą rozmawiać. Na jej miejscu już dawno wymierzyłabym ci kilka siarczystych policzków.
  - Jakie to szczęście, że jesteście zupełnie różne - syknęłam - Kamila nie jest taka jak ty, ona nie skrzywdziłaby nawet muchy.
  - Jesteś bezczelna - zarzuciła długie włosy na plecy i zawiesiła na ramię torbę - Mówisz jej o okropieństwach, które wyrządził Maciek, a potem z nim jesteś. Do tego ten Pietr czy jak mu tam... Pomyślałaś co on czuje? Wątpię...
  Wyszła z pomieszczenia zostawiając mnie samą z własnymi myślami. Poszłam pod prysznic i przebrałam się w jeansy i bluzkę z długim rękawem.
   Dobrze wiem co on czuje. Dobrze wiem na jaką sukę wyszłam. Zrozumiem też, jeśli okaże się, że miłość przerodziła się w nienawiść. Zasłużyłam sobie na to, ale nie chcę przestać go kochać. Mimo wszystko, nadal myślę o nim codziennie, nieraz ułamki sekundy powstrzymywały mnie od naciśnięcia zielonej słuchawki przy jego numerze. Każda możliwa siła ciągnęła mnie na Podpromie, ale co z tego, jeśli mój jakikolwiek kontakt z Piotrem byłby sporym ryzykiem. Tak bardzo chciałam zobaczyć jego uśmiechniętą twarz, usłyszeć choćby głupie "cześć", nie mówiąc już o wtuleniu się w jego bezpieczne ramiona. Nadzieja matką głupich, co?
  Wyszłam z budynku szkoły. Nie miałam jednak ochoty na obiad, samotne siedzenie w pokoju czy towarzystwo Maćka. Podążyłam przed siebie. Weszłam do księgarni i zaczęłam przebierać między literaturą.
  Szłam wzdłuż regałów, szukając czegoś nowego aż trafiłam na"Kod Leonarda da Vinci". Już długo wyszukiwałam tej książki, więc wyciągnęłam ku niej rękę. Dotknęłam opuszkami palców grzbietu opasłego tomu, gdy czyjaś dłoń spoczęła na mojej, jednak szybko się cofnęła. Także zabrałam rękę z lektury.
   - Przepraszam, ja... - spojrzałam w górę i zamarłam. Wysoki brunet z lekkim zarostem i cienkimi okularami na nosie patrzył na mnie osłupiały. Zbyszek jak zwykle miał na twarzy wyryty uśmiech, ale zrozumiał kto przed nim stoi i otrząsnął się, przybierając grobowy wyraz twarzy. - Weź ją, poszukam innej.
   - Nie trzeba, dam sobie radę. - wybełkotał. Wzięłam więc egzemplarz i odwróciłam się od Bartmana. Zrobiłam kilka kroków i usłyszałam za sobą głośne kaszlnięcie. Nie wytrzymałam, zwróciłam się do zamyślonego chłopaka.
   - Zbyszek - przykułam na siebie jego uwagę. - Mogę z tobą pogadać? Obiecuję, nie zajmę ci dużo czasu.
   - Dobra, ale wyjdźmy stąd, za dużo tu ludzi.
 Przytaknęłam i, pozostawiając upragnioną książkę na stosie innych ułożonych, wyszłam za nim z księgarni.
   - Więc co chcesz wiedzieć? - zapytał gdy szliśmy w milczeniu kilka minut.
   - Co się dzieje z Piotrkiem? Tak, wiem, nie powinno mnie to obchodzić, bo jestem bezuczuciową suką, ale chciałabym...
   - Zgadzam się, nie powinno cię to interesować - powiedział przez zaciśnięte zęby, ale odetchnął. - Jest załamany. Nie chce mu się żyć, nic nie ma sensu... wiesz jak to jest. Otacza go grupka  śliniących się na jego widok dziewczyn, ale mało która ma coś w głowie. Odpycha jedną po drugiej, szukając w nich choćby cząstki przypominającej ciebie. Rose, czemu to zrobiłaś?
   - Ja... - zawahałam się - nie mogę powiedzieć. I tak byś nie zrozumiał.
   - Kochasz go jeszcze?
 Przymknęłam oczy. Piekące powieki znów miały mieć dostarczone słonawej wody. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Jeśli powiem, że nie, moja szansa ponownego spotkania Piotrka wynosić mogła zero.Jeśli jednak powiem "tak", będą chcieli mnie odciągnąć od Maćka, co równa się zerwaniu umowy.
   - Tak - wyszeptałam - z każdym dniem coraz mocniej.
- To czemu... - Zbyszek, ty nic nie rozumiesz! Powrót do Piotra... to moje marzenie. Chciałabym go spotkać, ale nie mogę
. - Rozumiem. - z politowaniem cmoknął ustami. - Niedługo mam trening, muszę uciekać.
 - Nie mów mu, że rozmawialiśmy, proszę - spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem.
 - Nie powiem - uśmiechnął się. - A teraz jak najszybciej pozałatwiaj to co masz i wracaj do Nowakowskiego, bo sam zacznę was łączyć.
 - Dziękuję - wykrzywiłam usta w krzywym uśmiechu. Kiwnął głową na pożegnanie i już go nie było. Szłam drogą powrotną do internatu. Czyli nie zapomniał o mnie... I mimo wszystko chce mnie znać. Z uśmiechem na ustach weszłam do gmachu, a potem do pokoju. Jednak na widok wewnątrz moja mina się zmieniła.
 - Tęskniłem - mruknął Maciej obsypując moją szyję i okolice ust szybkimi pocałunkami. - Gdzie byłaś tak długo?
 - Zajęcia mi się przeciągnęły - rzuciłam pierwsze co wpadło mi do głowy.
 - Kłamiesz - zmarszczył brwi. - wszystkie dziewczyny z twojej gruby od godziny są w pokojach.
 - Musiałam dłużej poćwiczyć skoki i obroty, bo na jutr...
 Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć. Pod wpływem siły wycelowanej w mój policzek, zrobiłam kilka kroków w tył, a głowę odchyliłam do tyłu. Zachwiałam się i po chwili leżałam na ziemi trzymając się za obolały policzek.
 - Nigdy więcej nie waż się mnie okłamywać - wysyczał i z zaciśniętymi pięściami wyszedł z pokoju. Leżałam bez ruchu czując jak pulsuje mi prawa noga w okolicach piszczelu i lewy policzek. Okropny ból nie pozwalał mi wstać.
Po policzkach ściekły łzy, a ja podniosłam się na rękach i opadłam na łóżko. Klamka od drzwi przekręciła się. Czekałam na najgorsze - że Krawczyk wrócił z zamiarem sprawienia mi większego bólu. Zacisnęłam powieki gdy kroki stawały się coraz silniejsze.
 - Boże, Rose, co ty zrobiłaś? - rozbrzmiał damski zatroskany głos. Otworzyłam ślepia i ujrzałam Kamilę. Moją Kamilę! Uśmiechnęłam się lekko.
 - Nic mi nie jest, dzięki za troskę.
 - Porozmawiajmy - powiedziała poważnie - Tylko 5 minut.
 - Nie mogę... Nie mogę z tobą teraz rozmawiać - wyszeptałam nerwowo. - Kama, obiecuję ci, później się zobaczymy, ale nie teraz. Błagam!
 Kiwnęła głową i wybiegła z pokoju. Zostałam sama. Na policzek spłynęła krwawy rumieniec, wstydziłam się. Ona na pewno to widziała i słyszała. Kolejna fala bólu...
 Zacisnęłam zęby. Już więcej nie dam sobą pomiatać. Nie dam odebrać sobie miłości i przyjaźni. Tylko jak tego dokonać - nie wiem.
 --------------------------------------
Wiem, że mnie za to znienawidzicie, ale poczekajcie z tym jeszcze trochę :D
Bardzo dziękuję za każde miłe słowo :) Wszystkie blogi, które mi zostawiacie, jeśli jeszcze tego nie zrobiłam, przeczytam niedługo. ;)
Misu.

środa, 6 marca 2013

Rozdział 21

Stygnąca w kubku kawa od kilku minut leżały przed nią na drewnianym stole. Siedzieliśmy obok siebie już dobre piętnaście minut, a ona, utkwiwszy wzrok w podłodze, nie odzywała się ani słowem.
   - Halo, tu Ziemia - pomachałem jej przed oczyma. Ocknęła się i rzuciła cień uśmiechu, od kilku dni coraz rzadziej pojawiającym się na jej bladej twarzyczce. - Już nie śpimy, zaraz wychodzimy.
    - Przecież nie śpię. - mruknęła. - Po prostu się zamyśliłam.
  Chwyciłem ją za rękę. Zimne palce wsunęły się w moje i, wspólnie już splecione, opadły na blat.
    - Mam dobrą wiadomość - pogładziłem wierzch jej dłoni - Rozmawiałem z Kubą i razem z Kamilą też wybierają się dziś do Zbyszka.
   - Cieszę się - spuściła wzrok, wzięła łyka napoju i wyszła z pomieszczenia.
Sprzątnąłem ze stołu i oparłem się o szafki kuchenne.
  Nie wiedziałem co się z nią dzieje. Unikała rozmów ze mną, a jeśli już takie występowały, to najczęściej z jej strony składały się z krótkich odpowiedzi mówionych łamanym głosem. Fakt, nigdy nie była specjalnie rozgadana czy wesoła, ale czułem, że coś jest z nią nie tak. Być może któreś z rodzeństwa będzie wiedziało coś na ten temat. Z dnia na dzień coraz bardziej się martwiłem. Kocham ją i to chyba coś normalnego, że zmiany w jej zachowaniu wydawały mi się podejrzane. Wczoraj zawieźliśmg jej rzeczy do internatu. Na początku zdziwił mnie jej pośpiech, ale przypomniała mi o prawdopodobnych korkach ludzi jadących do domów.
 Włączyłem wierzę, miałem dość monotonnej ciszy. Teraz wsłuchiwałem się tylko w lecącą piosenkę Guns N'Roses. Kiedy po domu zaczęło rozchodzić się słynne "Don't cry", wyszedłem do sypialni. Na ramiona wsunąłem niebieską kraciastą koszulę, przeczesałem ręką włosy i poszedłem do salonu. W nim już znajdowała się Róża.
Siedziała, jak miała w zwyczaju, na fotelu przy kominku.
Biała sukienka wiązana w talii leżała na niej jak na aniele. Lekko kręcące się włosy spadały na wąskie ramiona zasłaniając obojczyki, a przymknięte powieki zdobił delikatny cień i czarne długie rzęsy.
Oparłem się o framugę i obserwowałem jej każdy ruch. Uśmiech sam pchał się na twarz, a ja nie miałem ochoty tego zmieniać. Nie zdradzałem też swojej obecności, choć Rose musiała być mocno pogrążona w myślach, by nie ujrzeć mnie mimo wzrostu sięgającego sufitu.
Na jej policzku pojawiła się pojedyncza łza. Szybkim ruchem starła ją i zacisnęła wargi. Wtedy też wzniosła głowę do góry i zobaczyła mnie. Przestrach w jej oczach był nie do opisania. Tak jakbym był mordercą i włamywaczem w jednym.
   - Przepraszam, wystraszyłam się. Pierwszy raz widziałam cię w koszuli. - przejechała dłonią po brązowych falach - To nowy widok dla mnie.
   - Nie bój się mnie, przecież cię nie zjem - zaśmiałem się i przykucnąłem przy niej. - Mała, co jest?
   - Ale o co chodzi? - zrobiła zdziwioną minę.
   - Widziałem jak płakałaś. - uniosłem jej brodę i ujrzałem lekko czerwone oczy. - Znowu. Co się dzieje?
   - Nic mi nie jest - odpowiedziała. - Naprawdę, wszystko w porządku
   - Na pewno?
   - Tak, uwierz mi.
 Westchnąłem. Wiedziałem, że w tym momencie nie uda mi się więcej z niej wyciągnąć.
   - Niech będzie. Idziemy?
 Kiwnęła głową i skierowała się do przedpokoju, gdzie ubrała się do wyjścia na zewnątrz. Podążyłem jej śladem.
Wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się kilka domów dalej.
Zadzwoniłem na domofon pod numer mieszkania Zbyszka i weszliśmy do kamienicy. Cisza panująca w klatce była dla mnie szokiem.
Otworzył nam Bartman z wielkim bananem na twarzy.
   - O, witam, witam! Wchodźcie!
Chwyciłem ją za rękę i wkroczyliśmy do mieszkania. W salonie znajdowało się już trochę ludzi. Kubiak z Moniką, Kuba, Kamila, Paul z Niną i Iwona z stojącym przed nimi Igłą mocno gestykującym przy opowiadaniu jakiejś historii.
  - Igła, mówię ci, że to było inaczej! - protestował Misiek. - to Ziomek wrzucił wtedy tą gaśnicę do szybu, a nie Możdżon
  - Właśnie, że on! - krzyczał libero. - Pamiętam jak dostawał opieprz od Andrei.
  - Bo nikt nie chciał się przyznać i on to wziął na siebie. Jaki ty jesteś czasami niedomyślny!
Ignaczak zrobił naburmuszoną minę i usiadł koło Iwony. Przytulając do siebie żonę zaczął udawać płacz, na co reszta zareagowała śmiechem.
   - Oni mi nie wierzą! - skarżył się, a odchylając głowę zobaczył nas. - Patrzcie, młodzież przyszła.
 Przywitaliśmy się z każdym i zasiadliśmy na skórzanej kanapie. Muzyka zadudniała i do pokoju wkroczył Zbyszek.
   - Proszę państwa - mówił dumnie - zacznijmy tego sylwestra.
Każdy nalał sobie alkoholu ( którego swoją drogą było niczym jak na świętowanie mistrzostwa ) i tak zaczął się ostatni wieczór roku.
Biegający po stole Paul? Opowiadająca swój życiorys Kamila? A może wtórujący jej Kuba co chwilę przypominający jej coraz wstydliwsze momenty? Nie, nic nie dorówna tulącej się na siłę Róży. Już od dobrych dziesięciu minut zawzięcie gładziła opuszkami moją klatkę piersiową.
   - Może się przewietrzymy - zapytałem mając nadzieję, że ulegnie mojej prośbie.
   - Oczywiście - mruknęła i wstała mocno do mnie przylegając. Nieco zdziwiony objąłem ją ramieniem i skierowaliśmy się na niewielki taras. Zajęliśmy miejsca na metalowej huśtawce, a ona nawet nie zelżyła uścisku.
   - Przytulasz się do mnie tak mocno, jakby jutro miał się skończyć świat. - zaśmiałem się chcąc rozluźnić nieco atmosferę.
   - Nigdy nic nie wiadomo - powiedziała tak cicho, że ledwo co udało mi się usłyszeć. Pomyślałem, że nie chciała bym to słyszał, więc nie odezwałem się ani słowem. Położyła głowę na moim ramieniu i zamknęła oczy.
   - Rozmawiałaś już z Kamilą? - zagadnąłem, ale jedyne co zrobiła to uciszyła mnie.
   - Posiedźmy chwilę w ciszy, proszę.
 Lekko zdziwiony spełniłem jej prośbę wpatrując się przed siebie. Wsłuchiwałem się w jej miarowy oddech i także przymknąłem powieki. Ciszę przerwał nam huk zatrzaskiwanych drzwi.
   - Ale tam głośno, co nie? - krzyknął Bartman. - Ci ludzie w ogóle, ale to w ogóle nie umieją szanować ciszy. Jak bydło!
   - Tak, Zbyszku,  oazo spokoju, idź zarazić ich swoim wewnętrznym opanowaniem. - ironizowałem.
   - Bardzo śmieszne - uśmiechnął się krzywo. - Za chwilę będzie północ, jeśli nie orientujecie się w czasie. Chodźcie już do środka.
   - Idziemy? - zapytałem Różę, a ona lekko skinęła głową i podniosła się.
 Kiedy byliśmy w przedpokoju,po domu zaczął rozchodzić się głos Ed'a Sheeran'a.
   - Pamiętasz co mi obiecałaś? - szepnąłem jej we włosy, a ona momentalnie się odwróciła. - Moja obietnica jest w części spełniona, teraz twoja kolej. Naucz mnie chociaż jak się poruszać.
  Położyła moją lewą dłoń na jej lędźwiach, a swoją przełożyła na moje barki, a raczej obojczyki. Wolne ręce złączyła kładąc delikatnie palce na moim śródręczu. Przycisnąłem lekko kciukiem jej paliczki. Spojrzałem głęboko w oczy i przyciągnąłem ją do siebie jeszcze bardziej. Zaczęliśmy bujać się powoli na boki, krokiem odstawno dostawnym, momentami w tył i w przód. Odczepiłem rękę od jej pleców i obróciłem niezdarnie drobną istotkę. Wróciłem do pozy z uśmiechem na ustach. Udało mi się, dzięki niej.
   - Kocham cię, tak z całego serca - powiedziałem, po czym złączyłem nasze usta. Nie musiała odpowiadać, wystarczyło mi to, że jest ze mną, że wytrzymuje z kimś takim jak ja. - I nigdy nie przestanę.
   - Obiecujesz, że nie przestaniesz mimo wszystko? - zapytała. - Nawet jakby wszystko się psuło?
   - Tak, obiecuję. - przytuliłem ją do siebie, chcąc pokazać, że może czuć się przy mnie bezpieczna.
  - Hej, wy, dalej, już strzelają - usłyszeliśmy donośny głos Igły.
 Wyszliśmy z powrotem na zewnątrz i wyczekiwaliśmy godziny zerowej. Coraz więcej fajerwerków pojawiało się na niebie. Ci z promilami i bez wpatrywali się z uśmiechami na mieniące się wszystkimi możliwymi kolorami sztuczne ognie. Rose zadrżała. Zdjąłem koszulę i zarzuciłem na jej wąskie ramiona. Może nie dawała dużo ciepła, ale dołączając do tego mój uścisk mogło pomóc.
   - Uwaga, odliczamy! - pisnęła Kamila - 6...5...4...3...2...
   - Szczęśliwego Nowego Roku powiedziałem jej prosto do ucha i pocałowałem w policzek.

                                                  *****************************

Łzy napłynęły mi do oczu, a żołądek skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego. Wokoło hucznie witano Nowy Rok, a ja przeżywałam wewnętrzne męki. Od jutra zacznie się moje wegetowanie na tym świecie. Nie będzie już nic - miłość, przyjaźń; to wszystko przepadnie przez psychicznego mściciela.
Zamrugałam kilka razy oczami, odetchnęłam i zaczęłam udawać, że wszystko jest w porządku, że wcale nie mam nadziei, że wydarzenia z ostatniego tygodnia to bezsensowny sen na działaniu zmęczenia czy głodu. Nie, ja jestem przykładem szczęśliwej dziewczyny. Mam świetnego chłopaka (którego utracę), przyjaciółkę (która straci do mnie zaufanie) i jak najbardziej wszystko pod kontrolą.
Spojrzałam jeszcze raz na Pita. Było mi go tak szkoda. Kocham go najbardziej na świecie, każdą chwilę chciałabym z nim spędzić, ale co z tego, skoro nie mogę...
Każdemu złożyłam życzenia na Nowy Rok i po wypiciu lampki szampana wróciliśmy do środka. Oddałam Nowakowskiemu koszulę i usiadłam przy stoliku. Po chwili jednak do tańca wyrwał mnie Lotman, szybko okręcając wokół własnej osi. Po nim przejął mnie Bartman, także próbujący pokazać swoje zdolności. Po kilku kawałkach usiadłam z powrotem na kanapie. Mój wzrok przykuł widok Kamili śmiejącej się do Piotrka w czasie tańca. Wbiłam paznokcie w dłonie i odwróciłam się, żeby łzy nie pociekły po mojej twarzy.
  W podobnej atmosferze minęły dwie godziny. Od czasu do czasu wyszłam pokazać, że nie dąsam się na nikogo.
   - Wracamy do domu? - zapytał Pit, a ja przytaknęłam. Pożegnaliśmy się z gośćmi i poinformowałam Kamilę, że niedługo pojawię się w internacie. W drodze powrotnej nie odzywaliśmy się w ogóle.
Dopiero w domu Piotr zaczął rozmowę, kiedy szykowaliśmy się do pójścia spać.
   - I jak ci się podobało?
   - Bardzo. To znaczy, lepiej niż spędzać sylwestra samemu.
 Zaśmiał się, a ja położyłam się koło niego na łóżku. Spojrzał na mnie z tym uśmiechem, który tak bardzo lubię. Dalej Rose, motywowałam się, jak nie teraz to nigdy.
  Przybliżyłam się niego i wpiłam w spierzchnięte usta siatkarza. Starałam się całować go delikatnie, ale z pasją. Nie odmawiał mi, wręcz przeciwnie - pasowało mu to. Przybliżałam się do niego coraz bardziej, a dłonią zaczęłam zawzięcie mierzwić mu włosy. Oderwał się ode mnie i spojrzał wybity z rytmu.
    - Róża, czy ty...
   - Proszę, pozwól mi - wyszeptałam i kontynuowałam pieścić swoim językiem jego jamę ustną. Tym razem uległ mi i jego zimna dłoń zaczęła wodzić po moich plecach szukając rozpięcia. Koszula wraz z białym T-shirtem leżały już na ziemi, a ja coraz bardziej pragnęłam jego umięśnionego ciała. Na moim ciele po sukience zostały tylko odciśnięte ramiona, kiedy usiłowałam pozbawić siatkarza spodni. Po chwili udało mi się, a wraz z jeansami uporałam się z bokserkami. W tym czasie on nie pozostawał mi dłużny i także leżałam już bez bielizny.
Ręka siatkarza błądziła po moim ciele, kiedy on obsypywał moją szyję krótkimi pocałunkami. Nagle dłoń zeszła do niższych partii ciała. Momentalnie chwyciłam za nią, ale spotykając zdziwioną minę Piotra otrząsnęłam się, a na twarz wpłynął mi wielki rumieniec.
   - Przepraszam, nie chciałam przerywać. - wyszeptałam i z powrotem zajęłam jego usta swoimi.
 Pit znów zajął się jeżdżeniem opuszkami po wypustkach w moich plecach, kiedy nagle znalazłam się ułożona na pościeli. Nade mną znajdował się Nowakowski.
   - Na pewno tego chcesz? - upewniał się, a ja tylko kiwnęłam głową. W tym momencie poczułam lekki ból, przez który z moich ust wydobył się syk. Chłopak znajdował się we mnie i po chwili zaczął delikatnie poruszać biodrami. Zapierałam się dłońmi o jego umięśnione plecy. Ruch stawał się coraz szybszy. Przygryzłam jedną wargę, próbując nie wydawać z siebie żadnych charakterystycznych dźwięków. Po chwili jednak nawet zaciskanie warg nie pomogło, wydobyłam z siebie krótki jęk, a ciało mimowolnie wykrzywiło się do przodu. Zadyszałam głośno i zaraz też przyłączył się do mnie Piotrek bezwładnie opadając na moje ciało.
    - Kocham cię - wyszeptałam do ucha środkowego i ucałowałam go w policzek. Przeczekałam kilka minut i, kiedy się obrócił, wyszłam do łazienki. Chciałam jak najszybciej znów znaleźć się w jego ramionach. Wzięłam szybki prysznic i spojrzałam w lustro. Dziewczyna z zaróżowionymi policzkami spoglądała na mnie jakby z pogardą.
 Wstydziłam się siebie. Najpierw przeżywam z chłopakiem swój pierwszy raz, by potem go zostawić. Poczułam się jak prawdziwy potwór. Wolałam jednak mieć to za sobą z kimś, kogo kocham niż z byle jakim szantażystą. Wiedziałam, że będzie tego chciał,  można się po nim było spodziewać takich rzeczy.
Wytarłam ciało, ubrałam Piotrkową niebieską koszulkę i szorty, po czym wróciłam do sypialni. Wymieniłam się z nim miejscem, bo teraz on zajął łazienkę.
Poczekałam piętnaście minut i ujrzałam Piotra leżącego już koło mnie. Uśmiechał się słodko patrząc mi w oczy. Spuściłam głowę w dół, twarz wykrzywiając w grymasie.
   - Coś się stało? - zapytał unosząc moją brodę do góry. Musiał to lubić, często go na tym łapałam.
   - Nie, ja tylko... Wstydzę się, że tak postąpiłam. - wymijałam jego wzroku jak mogłam. Zmusił mnie jednak do spojrzenia w twarz.
   - Kochanie, nie masz się czego wstydzić. Cieszę się, że przeżyliśmy to razem. - jego niebieskie tęczówki przeszywały mnie na wylot.
   - Dziękuję - pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, ale on szybko ją starł i pocałował mnie w skroń. Ułożyłam głowę na jego torsie i w takim stanie zmógł sen.


                                      ***************************************

   Zimny powiew wywołał na moim ramieniu gęsią skórkę. Wzdrygnąłem się i otworzyłem oczy. Wtedy zdałem sobie sprawę, że leżę sam. Pospiesznie nałożyłem na siebie klubową koszulkę i szare dresy. Wyszedłem z sypialni, wołając ukochanej.
I wtedy ją ujrzałem. Podszedłem szybko do ubranej do wyjścia dziewczyny i chwyciłem ją za ramię.
   - Mała, pośpijmy jeszcze, zdążymy pojechać do internatu, jest jeszcze wcześnie.
 Powoli obróciła się ukazując mokrą od łez twarz. Otworzyłem szeroko oczy, a szczęka opadła do ziemi. Nie rozumiałem co się działo...
   - Nie, Piotrek - łkała - Ja... nie mogę... nie mogę wrócić. Przykro mi...
   - Ale jak to?! Dlaczego? - wydukałem z siebie mocno przy tym gestykulując.
 Nie dostałem jednak odpowiedzi na pytanie. Wpatrywała się we mnie coraz mocniej przygryzając wargę. Gromadzone w oczach łzy spływały jej strużkami po policzkach.
   - Przepraszam - wyszeptała i wpiła się w moje usta. Ostatni pocałunek? Tak to się nazywa?
Oderwała się ode mnie i szepcząc kolejny raz przeklęte przeprosiny, skierowała się w stronę drzwi. Stałem jak słup soli, po czym ruszyłem ku niej.
Objąłem ją mocno starając się opanować jej drżące z emocji ciałko. Oderwała się ode mnie i ostatni raz spoglądając w moją stronę wybiegła z domu. Cały czas patrzyłem na jej oddalającą się w biegu postać nie wierząc co się dzieje.
Osunąłem się po ścianie i usiadłem na zimnych kafelkach.
Róża. Ona tak po prostu odeszła. Bez słowa wytłumaczenia opuściła mnie...


----------------------------------------------------
No i się stało. Przepraszam, że to jest takie kiczowate, ale ja naprawdę nie umiem nic normalnego napisać.
Spieprzyłam tutaj doszczętnie wszystko i wiem, że mnie za to zabijecie, ale taki był plan :(
Od razu obiecuję poprawę! Jeszcze raz przepraszam...
Misu.